Podróżne Opowieści

Kaszgar i Karakul Lake

Czy to już Chiny czy jeszcze nie ??

Jeszcze długo zanim rozpoczęliśmy tą podróż, wyobrażaliśmy sobie jak będzie wyglądał Kaszgar. Duże miasto pośrodku niczego, oddzielone pustynią i tysiącami kilometrów od wschodniego wybrzeża  Chin, w którym to toczy się główne życie tego kraju. Lonely Planet pisze, że bliżej mu kulturowo do stolicy Syrii niż Pekinu i pewnie ma racje.

Zaraz po zostawieniu plecaków u naszego hosta, ruszyliśmy na kolację na nocny bazar, który w tym mieście jest naprawdę imponujący. Dużo się o nim naczytaliśmy, więc już od kilku dni marzyliśmy żeby się tam znaleźć. Dawno też nie byliśmy aż tak głodni – całodniowe batalie na granicy mocno nadwyrężyły nasze żołądki.

Kiedyś bardzo lubiłem oglądać program  Anthonego Bourdain’a  „ Bez rezerwacji”, gdzie krytyk kulinarny podróżował po świecie i próbował różne dziwne rzeczy. W Chinach każdy turysta może wcielić się jego postać 🙂 można spróbować w tym kraju dosłownie wszystkiego, a targ nocny w Kaszgarze jest do tego wprost idealny.

DSC01181 DSC01185

Zaczęliśmy spokojnie od jakiś bułeczek z warzywami, jednak co chwile naszym oczom ukazywały się inne stwory, od gotowanych głów baranów,  kopyt baranich, po szaszłyki z ich nerek, wątroby czy skóry – wszystko z baraniny.  O dziwo niektóre z tych dań nawet nam smakowały, inne były tylko zjadliwe lub zupełnie nie 😉 Na osłodę skusiliśmy się na kawałki arbuza i melona – owoców z których Xinjang słynie. Co prawda byliśmy tu na początku października, czyli trochę po sezonie, ale owoców wszędzie było mnóstwo.  Do domu wróciliśmy najedzeni i w pełni usatysfakcjonowani nowymi smakami.  Pozytywnie zaskoczył nas także wygląd miasta nocą, które oświetlone kolorowymi światłami i czerwonymi lampionami wyglądało na prawdę klimatycznie.

DSC01270
Kolejny ranek przywitał nas chyba słoneczną pogodą J Chyba, dlatego że w mieście była bardzo słaba widoczność z powodu smogu i pobliskiej pustyni – nie było widać ani nieba ani słońca.  Pozytywnie nastawieni po wieczornym rekonesansie, ruszyliśmy z samego rana na miasto. Szybko okazało się jednak, że Kaszgar nocą i Kaszgar za dnia to dwa zupełnie różne miasta. Zdecydowanie z przewagą tego nocnego. Dużo ludzi, brudno i głośno. Wczorajszego wieczoru byliśmy też chyba zbyt zajęci jedzeniem, żeby zwrócić uwagę, że w tym mieście mieszka zdecydowanie więcej Ujgórów (jedna z mniejszości narodowych w Chinach, wyznania muzułmańskiego, z wyglądu przypominająca Arabów) niż Hanów (rodowici chińczycy). Tego dnia pozwiedzaliśmy trochę miasto, pospacerowaliśmy zatłoczonymi uliczkami i po raz pierwszy mieliśmy okazję zobaczyć jak wygląda tradycyjne picie herbaty w chińskim domu. Myślicie że wystarczy wrzucić torebeczkę z esencją do kubka i zalać wrzątkiem? Oj nie nie. Picie herbaty tutaj jest znacznie ciekawsze 😉

DSC01260

Wieczorem z naszym gospodarzem wybraliśmy się na kolacje do nowo otwartej restauracji, której managerem był jego znajomy. Danie które nasz gospodarz zamówił – dużo warzyw i mięsko – gotowało się w woku na naszym stole (stół miał zamontowaną małą kuchenkę elektryczną;) Po zjedzeniu jednego garnka wypełnionego po brzegi pysznościami – okazało się, że drugi garnek dostajemy od restauracji w prezencie! Patrzyliśmy na niego trochę ze strachem w oczach, bo byliśmy już zupełnie najedzeni. Zaczęliśmy się zastanawiać gdzie ci mali, szczupli chińczycy mieszczą tyle jedzenia, bo my już nie dawaliśmy rady. Na szczęście oni też mieli swój limit i zawartość drugiego garnka wzięli na wynos 🙂 W międzyczasie dosiadł się do nas mąż właścicielki lokalu i postawił nam po piwie, bo jak sam przyznał, nigdy nie pił z obcokrajowcami i chciałby spróbować J To podejście bardzo nam się spodobało i mamy nadzieję, że w całych Chinach jest tak samo 😉 Oj najedliśmy się porządnie. Pysznie i zdrowo – bardzo fajne w chińskim jedzeniu jest to, że jedzą mnóstwo warzyw, świeżych, różnorodnych i w większości zupełnie nam nie znanych! Pycha. Trochę się baliśmy ile ta kolacja może nas kosztować, nawet pomimo tego że jeden garnek był w prezencie. Krótko przed płaceniem manager restauracji poprosił nas o wspólne zdjęciem po czym oświadczył, że jesteśmy pierwszymi obcokrajowcami w tej restauracji i kolacja jest na koszt firmy! No miał gest:) Po tak pysznej kolacji, w super humorach, zrobiliśmy sobie rundkę po mieście na skuterach.

DSC01266

Co ciekawe, głównym środkiem transportu w mieście są skutery na prąd – nie wydają żadnego hałasu, nie produkują spalin, jadą z prędkością do 40km/h. Są rewelacyjne! A jako że ma je chyba każdy, to wszystkie bloki mają garaż, gdzie mieszkańcu zostawiają je na noc podłączone do prądu, płacąc za to śmiesznie małe pieniądze! Świetnie się tego dnia bawiliśmy, ale myślami byliśmy już dalej – wysoko w górach, nad jeziorem, gdzie chcieliśmy dojechać stopem następnego dnia.
Rano pożegnaliśmy się więc z naszym hostem i ruszyliśmy w kierunku Karakul Lake. Jest to jezioro położone na wysokości ponad 3000m n.p.m., otoczone ze wszystkich stron pięknymi górami, a najwyższa z nich Muztagh Ata liczy ponad  7500m n.p.m! Żeby było ciekawiej to droga która tam prowadzi  – Karakorum Highway, określana jest jako jedna z najładniejszych i najwyżej położonych dróg na świecie. Oj bardzo chcieliśmy tam już tam być, jednak jak to ze stopem – raz lepiej raz gorzej. Bardzo dużo czasu zajęło nam wyjechanie z miasta, ale za to czwarte zatrzymane auto jechało prosto do naszego celu J Karakorum Highway tylko z nazwy brzmi jak autostrada. W rzeczywistości jest to kręta droga w górach bez asfaltu, za to z ogromnymi dziurami. Ekip budowlanych jednak nie brakuje i praca wre, więc za kilka lat sytuacja powinna wyglądać dużo lepiej 🙂

Do celu dojechaliśmy dość późno bo dopiero ok. 18.00 (zaliczyliśmy ponad godzinny przystanek z powodu osunięci się bloków skalnych na drogę). Jednak to co zobaczyliśmy w pełni zrekompensowało trudy tego dnia. Piękne, wysokie szczyty  dookoła, a jezioro tuż u podnóża największej z nich – Muztagh Ata.

DSC01494 DSC01330

Od razu zdecydowaliśmy się zostać tutaj na noc. Już od kilku tygodni marzył się nam nocleg w jurcie, więc ich obecność nad samym brzegiem jeziora bardzo miło nas zaskoczyła. Krótka rozmowa z pierwszym panem który pojawił się na naszej drodze i za 50 RMB za osobę (ok. 30zł), mamy nocleg z kolacją i śniadaniem w cenie 🙂 Przy okazji okazało się, że oprócz nas przyjechało dzisiaj 2 innych turystów, którzy też będą spać w naszej jurcie. Bardzo się ucieszyliśmy na tą informację, bo widomo że w takie miejsca nikt nie trafia przypadkowo, więc można poznać ciekawych ludzi. I tak też było. Spędziliśmy z nimi super wieczór, a do tego jeden z nich był Kanadyjczykiem, który nauczył się Chińskiego. Gdy więc w czasie kolacji dołączyła do nas mała grupka chińczyków, w końcu mogliśmy się z nimi porozumiewać jak ludzie 🙂

DSC01380

Oczywiście od razu wyłożyli na stół mnóstwo lokalnych przysmaków oraz ich narodowy trunek – Baijiu. Co do „lokalnych przysmaków” to były to kurze łapki, suszona i okrutnie pikantna wołowina, pikantne pałeczki tofu, prażone pestki słonecznika, orzechy arachidowe i jakieś ciasteczka. Naszą uwagę przykuł jednak najbardziej Baijiu. Ten 60% destylowany alkohol wytwarzany na bazie zboża srogo, to w Chinach odpowiednik naszej wódki. Jest jednak nie tylko od niej dużo mocniejszy, ale ma też bardzo charakterystyczny intensywny smak.

Niebo tej nocy było oszałamiające, tylu gwiazd już dawno nie widzieliśmy.  Magda przyznała, że nawet nad Saharą tak ładnie nie było. W naszej jurcie pomimo przymrozku w nocy było bardzo ciepło, a to za sprawą piecyka opalanego węglem. Mieliśmy do dyspozycji również dużą ilość kocy, było nam więc na prawdę komfortowo. Następnego dnia przebudziliśmy się przed wschodem słońca, żeby być świadkami tego pięknego zjawiska.  Niebo było tego dnia bezchmurne, a widoki wprost genialne. Dla Łukasza to jednak było niewystarczające. Stwierdził, że do pełni szczęścia potrzebuje mocniejszych wrażeń, więc wskoczył do jeziora !?  stając się tym samym chwilową atrakcją turystyczną dla wszystkich w okolicy 🙂

DSC01459 DSC01416W międzyczasie okazało się, że poznani wczoraj chińczycy wracają przed południem do Kaszgaru i możemy się z nimi zabrać J Pomimo tego miłego  akcentu, droga powrotna była tak samo uciążliwa jak dnia poprzedniego,  znów zapewniając nam godzinny postój z powodu obsunięcia się skał na drogę. Do Kaszgaru dotarliśmy więc dopiero ok. 16.00, a jako że tysiące kilometrów do przebycia nadal na nas czekały, zdecydowaliśmy się od razu ruszyć w dalszą drogę. Jeszcze przed zmrokiem złapaliśmy stopa na ok 200km. Szczęście wydawało się być po naszej stronie. Pan kierowca dołożył nawet wszelkich starań żeby znaleźć dla nas hotel. Jednak wysiadając z samochodu, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego co się wkrótce wydarzy…  ale o tym w następnym poście 😉

Odpowiedź do artykułu “Kaszgar i Karakul Lake

  1. Paweł

    Hej.

    Fajny wpis 🙂
    My wjeżdżaliśmy do Kaszgaru od drugiej strony po przejechaniu całych Chin, więc nasze pytanie przewodnie brzmiało… „Czy to jeszcze Chiny czy już nie? 😉

    Hosta znaleźliście przez Couchsurfing czy inny portal?

    Łukasz, gratuluję odwagi! My byliśmy nad tym jeziorem w tym samym czasie, co Wy i wystarczyło, że zanurzyłem dłonie 😉 BARDZO ZIMNA WODA!!!

    Pozdrawiam i dalszych wspaniałych przygód życzę.
    Paweł

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *