Podróżne Opowieści

Batalie na Chińskiej granicy

Przejście graniczne w Irkeshtan

W drodze pod granicę kirgisko-chińską, kierowca ciężarówki po ponad godzinie wspólnej jazdy spytał się nas, dlaczego w sumie tam jedziemy, skoro granica chińska od 10 dni jest zamknięta. Ale że co?!  Ale jak to? Nie, nie, na pewno źle zrozumieliśmy. Przecież nie można od tak z okazji święta zamknąć jedynego przejścia granicznego.  Przecież co my ze sobą zrobimy?! Ale spokojnie, nie popadajmy w panikę, pojedziemy i sprawdzimy. Na szczęście kolejny kierowca był lepiej poinformowany i okazało się, że 10 dni właśnie minęło i od dzisiaj granica znów otwarta 🙂 ale tylko do jutra, bo przecież weekend! To tak można? A  no tak, w Chinach wszystko można. Na czas ważnych świąt i weekendy granica jest zamykana, a w dni robocze działa od 9.00 do 18.00.  Tak się złożyło, że dojechaliśmy o godzinie 18.15, trzeba było się więc pożegnać z planami noclegu w Chinach. Musieliśmy zostać w Irkeshtan. Jest to położona wysoko w górach wioska, która jest niczym innym jak ogromnym przygranicznym parkingiem dla kierowców.  Kilka baraków z jedzeniem, sklepikami i noclegami. Z powodu temperatury bliskiej zeru zdecydowaliśmy się na nocleg w jednym z nich. Musimy przyznać, że było to jedno z ciekawszych miejsc w jakich przyszło nam spać. Przypominało to wojskowy U-boot,  wagon kolejowy i segment lotniczy za jednym razem. No ale nie wybrzydzaliśmy – za nocleg zapłaciliśmy 5 euro – akurat mieliśmy drobniaki, a właścicielka pierwszy raz w życiu widziała takie pieniądze:)

nasz domek :)

nasz domek 🙂

Następnego ranka wystartowaliśmy – godzina 8.15 pieczątka na pożegnanie z Kirgistanem, po czym stopem do oddalonej o 6 km granicy chińskiej. Godzina 9.10 – jesteśmy w Chinach !! Tak nam się przynajmniej wydawało:)

w kierunku Chin

w kierunku Chin

Celnik zabrał nasze paszporty, jednak zamiast wbić pieczątkę, przywitał nas słowami „Musicie teraz wziąć taksówkę i jechać nią 140 km do punktu kontroli paszportowej”. Byliśmy na to przygotowani, bo niestety czytaliśmy o tym na blogach innych podróżników. Mimo wszystko próbowaliśmy przekonać pana celnika, że możemy tam dojechać z naszym kierowcą ciężarówki, który przecież też tam jedzie. Niestety, nie dało się dyskutować. Albo taksówka, ale wynocha z powrotem do Kirgistanu. Żeby było ciekawiej, celnik nie oddał nam paszportów do ręki, tylko przekazał kierowcy taksówki. Jak łatwo się domyślić, cena za taksówkę była mocno wygórowana. Zdecydowanie nie chcieliśmy płacić tak wysokiego haraczu! Było nas 3 piechurów (na granicy spotkaliśmy Francuzkę, która od roku podróżuje po Świecie) i byliśmy nieugięci. Niestety strona chińska też. Powiedziano nam, że jak nie chcemy zapłacić stawki jaką życzy sobie kierowca, to musimy poczekać na kolejnego autostopowicza, który się dołoży. Chwila, chwila… a skąd mamy mieć pewność, że się ktoś zjawi? Nie macie w ogóle, ale skoro nie chcecie zapłacić to musicie czekać! Sen o obiadku w Kaszgarze prysł niczym bańka mydlana… Godzina 10.00, 11.00, 12.00 – na granicy pusto. Nagle o godzinie 12.30 pojawiło się 2 pieszych turystów – byliśmy uratowani! Kierowcy taksówki trochę mina zrzedła, ponieważ musieliśmy wziąć większy samochód i innego kierowcę 🙂 W końcu ok. 13. ruszyliśmy w stronę naszych chińskich pieczątek. Turyści którzy nas uratowali okazali się być prawdziwymi twardzielami – do Chin doszli pieszo ze Szwajcarii !!! W styczniu rozpoczęli swój projekt „The Walk of Our Life” i trasę ze Szwajcarii do Chin w całości pokonali pieszo. To dopiero wyzwanie!

DSC01175

Międzynarodówka na granicy chińskiej – Szwajcar, Austryjak, Francuzka i Polacy

A tymczasem w trakcie jazdy po upragnione pieczątki, nasz kierowca w pewnym momencie zgłodniał i postanowił zrobić sobie przerwę na obiad, ok. 15 km od kontroli granicznej!? No przecież nie po to płacimy mu tyle kasy, żeby siedzieć i patrzeć jak je… Bardzo ciężko było się z nim dogadać, ale po ok. 5 min krzyków i gestykulacji ruszyliśmy dalej. Na miejscu szybko okazało się, dlaczego kierowca chciał sobie zrobić przerwę na obiad… granica jest zamknięta jeszcze przez 1,5 godziny!? Ręce opadają. W Europie przyzwyczailiśmy się do bezproblemowego przekraczania granicy. A tutaj? Przerwa na kawę, na obiad, przymusowa taksówka, itp., itd… Pięknie zaczęła się nasza przygoda z Chinami. Ale jak to się czasami mówi „złe dobrego początki” i też tak chyba było. Gdy już w końcu zobaczyliśmy upragnione pieczątki w naszych paszportach, gdy usłyszeliśmy Welcome to China, bardzo nam ulżyło i wszystko potoczyło się już zupełnie inaczej.

Welcome to China

Welcome to China

15 minut później siedzieliśmy w ciężarówce do Kaszgaru 🙂 Kierowca zostawił nas jednak na samym początku miasta – ok. 10 km od centrum. Na szczęście w Chinach wszystko może się zdarzyć i już po chwili podjechał do nas na motorku młody chłopak i zapytał się po angielsku czy potrzebujemy pomocy. 10 minut później jechaliśmy do centrum opłaconym przez niego samochodem 😉 Kierowca był bardzo uprzejmy i zostawił nas prawie pod mieszkaniem naszego hosta z Couchsurfingu. Niestety w Chinach prawie robi dużą różnicę. Bardzo szybko przekonaliśmy się, że tutaj jedynym przydatnym językiem jest język chiński. Po co komu angielski, skoro i tak większość ludzkości na świecie mówi po chińsku – takie założenie ewidentnie przeważa w Chinach. Czuliśmy się jak małe dzieci, które nie są w stanie w żaden sposób porozumieć się z otaczającym je światem. Nie rozumieliśmy dosłownie nic. Sytuacji nie poprawiał również brak kontaktu z naszym hostem. Trochę podłamani tym faktem udaliśmy się na mały spacer po okolicy. Jednak po około godzinie, nagle na środku dużego placu podjechał do nas młody chińczyk i zapytał się czy to czasem nie my mamy dzisiaj u niego nocować? 🙂 Chiny są po prostu zaskakujące! Są inne, zdecydowanie inne niż to co widzieliśmy do tej pory. I właśnie na takie Chiny czekaliśmy i w następnych dniach takie otrzymywaliśmy 🙂

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *