Podróżne Opowieści

Droga na szczyt – Fudżi

Jedną z głównych rzeczy która zawsze kojarzyła się nam z Japonią to wulkan Fuji. To ikona tego kraju, zaraz obok gejsz, sushi i zawodów sumo 🙂 Każdy wie jak wygląda. Majestatyczna pojedyncza góra z ośnieżonym szczytem o wysokości 3776m npm. Już w trakcie lotu do img_8482-768x1024Japonii czekała na nas miła niespodzianka, bo zobaczyliśmy Fudżi przez okno! Morze chmur i tylko jeden jedyny czubeczek wystający ponad nie. I ta myśl, że za kilka dni znajdziemy się na jego szczycie!! Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to pierwszy i ostatni raz kiedy mamy okazję ujrzeć tą górę… Gdy już wystarczająco nacieszyliśmy się jednym z najbardziej zatłoczonych miast na świecie, ruszyliśmy stopem prosto pod Fudżi. Łatwo nie było, ale jak na to, że byliśmy wtedy w trójkę, to poszło nam naprawdę nieźle. Naszą bazę wypadową postanowiliśmy założyć w miasteczku Fujikawagochiko, które leży w rejonie pięciu jezior, czyli teoretycznie w najbardziej malowniczym miejscu do podziwiania tego wulkanu. Do miasteczka dotarliśmy już o zmroku i jedyne co wtedy zobaczyliśmy to małe światełka gdzieś daleko i wysoko – wspinających się na szczyt ludzi 🙂 Nie mogliśmy doczekać się poranka, żeby ujrzeć tą górę w pełnej okazałości. Noc spędziliśmy w namiocie na małej dzikiej plaży, przy jeziorku na którego drugim brzegu za miastem, stało Fudżi. Łukasz już od 5.00 rano wyglądał regularnie zdsc04513-1024x682 namiotu z nadzieją zobaczenia wulkanu. Ale nic z tego. O ile w nocy delikatnie było widać chociaż zarys góry, o tyle nad ranem były tylko chmury i żadnych, ale to absolutnie żadnych przypuszczeń ze gdzieś tam jest Fudżi!! I taka właśnie pogoda utrzymywała się przez cały nasz pobyt w tym rejonie. Także podziwianie Fudżi na tle jeziora z naszego namiotu – niezaliczone! No nic. Na szczęście pogoda nie przeszkodziła nam w najważniejszym, czyli w drodze na szczyt naszej góry widmo. dsc04641-1024x682 Są 2 sposoby na podziwianie wschodu słońca ze szczytu Fudżi – zacząć wspinaczkę po południu, dojść do ostatniej bazy, zostać tam na noc i następnego dnia chwile przed świtem wyruszyć na szczyt. Brzmi dobrze, ale jest jeden problem, cena noclegu jest wręcz okrutna – 60 USD /os. W naszym przypadku to w ogóle nie wchodziło w grę, więc nie pozostało nam nic innego, jak wspinać się całą noc. Tym bardziej, że rozbicie namiotu nie byłoby tam możliwe. Zbędny bagaż zostawiliśmy więc w Fujikawagochiko w darmowych szafkach na depozyt 100 jenów, które znaleźliśmy przypadkowo przy sklepie. Wspinaczkę na szczyt rozpoczyna się z 5 stacji (2200m npm), do której można dojechać autobusem (ok. 80zł w dwie strony). Nie ma żadnej opłaty za wejście na ścieżki prowadzące na szczyt. My postanowiliśmy spróbować dojechać autostopem, co zupełnie się nam nie udało. Po 1,5h czekania wskoczyliśmy do ostatniego autobusu (o 19.30) i po 45 minutach byliśmy na miejscu. Różnica temperatur była piorunująca. Od razu założyliśmy na siebie wszystkie ciepłe ubrania, których ilość mieliśmy mocno limitowaną, na szczęście otwarta była poczekalnia, gdzie można było się trochę ogrzać i przeczekać te kilka godzin. Wiedzieliśmy, że wschód słońca będzie ok. 4.30, nie było więc sensu żebyśmy ruszali od razu. Różne źródła podawały różne dsc04688-1024x682czasy potrzebne na wejście na szczyt, ale wszystkie wydawały się nam mocno przesadzone. Ale to chyba tylko nam, bo niektórzy zaczynali wspinaczkę już o 21.00. My wyszliśmy jako ostatni o 23:30, czyli jak się później okazał o godzinę za wcześnie. Czemu wyruszenie o odpowiedniej godzinie jest takie ważne? W końcu jeśli dojdzie się przed wschodem słońca to można zaczekać tą godzinę na szczycie. No nie do końca… Problemem jest temperatura. Na szczycie w nocy wynosi niewiele ponad 0’C, a my nie mieliśmy ze sobą ciuchów dostosowanych nawet w najmniejszym stopniu na taką temperaturę, w końcu przyjechaliśmy do Japonii latem, gdy panują niemiłosierne upały. Łukasz wszedł na szczyt w sandałach i krótkich spodenkach, co wywoływało opadanie szczęki u większości ‚właściwie przygotowanych’ Japończyków, czyli ubranych w sztormiaki, grube pochówki, stuptuty i Bóg wie w co jeszcze. Niektórzy wyglądali jakby wchodzili na Mount Everest. My za to przesadziliśmy w drugą stronę, ale nie mieliśmy po prostu wyboru. Samo podziwianie wschodu słońca mocno nas wychłodziło, a gdybyśmy jeszcze musieli siedzieć tam godzinę dłużej, to byłoby naprawdę nieciekawie. Ale coś za coś. Doświadczenie wschodu słońca ponad chmurami ze szczytu Fudżi warte było poświęceń 😉 Sama droga na szczyt zajęła nam 4h i była dość przyjemna, nie było nam ani zimno ani gorąco. Szliśmy bez pośpiechu, bo wiedzieliśmy że mamy duży zapas czasu. Ale i tak szliśmy za szybko przez cp musieliśmy poczekać godzinę przy najwyższej stacji, gdzie co prawda było już bardzo zimno, ale nie aż tak jak na samej górze. dsc04606-1024x682Wzdłuż ścieżki zlokalizowane są stacje, czyli takie nasze schroniska, gdzie można kupić coś do jedzenia i picia, zostać na noc albo przespać się godzinkę czy dwie. To wszystko jest oczywiście mocno płatne, nie ma też możliwości wejść do środka żeby się ogrzać nic nie kupując. Dla zwykłych śmiertelników zostaje ławeczka na zewnątrz, gdzie mogą sobie usiąść, odpocząć i pomarznąć 🙂 Nie ma się jednak co dziwić, bo droga na wulkan otwarta jest dla zwykłych turystów tylko w lipcu i sierpniu, więc tłok jest tutaj naprawdę ogromny. Najgorzej sytuacja wygląda przy samym szczycie. Ludzie szli w mozolnym tempie, zmęczeni nocnym podejściem i chorobą wysokościową. Dużo osób zaopatrzonych było w małe butle z tlenem, które można kupić w sklepikach po drodze na szczyt. W sumie nic dziwnego, bo różnica wysokości to ponad 2700 m pokonywana jednego dnia. My jednak nie mieliśmy ani choroby wysokościowej, ani nie byliśmy mocno zmęczeni, za to zrobiło się nam cholernie zimno po 5 minutach czekania, dlatego włączyliśmy awaryjny tryb podejściowy i w ekspresowym tempie zaczęliśmy wyprzedzać wszystko i wszystkich, manewrując pomiędzy idącymi w ślimaczym tempie ludźmi. Bo na szczyt Fudżi może wejść każdy, od dziecka po 80-cio letnią Japońską babcię. Zaaferowani wyprzedzaniem i znajdowaniem alternatywnych ścieżek, nawet nie zauważyliśmy, gdy dotarliśmy na szczyt 🙂 Znaleźliśmy dobrą miejscówkę, usiedliśmy wygodnie, okryliśmy się wtarganym na tą okazję śpiworem i zaczęliśmy oglądać spektakl. dsc04639-1024x682 Choć wschodów słońca widzieliśmy w tej podróży całe mnóstwo, to w tym było coś magicznego. Cała ta wędrówka nocą po zboczach prawie 4 tysięcznego wulkanu była magiczna. I choć byliśmy na dużo wyższych szczytach, z których rozpościerały się przepiękne widoki, nie zamienilibyśmy tej chwili na żadną inną. Nie przeszkadzało nam nawet to, że tego dnia nie ujrzeliśmy absolutne żadnego widoku. Będąc na szczycie otaczało nas morze chmur które mogliśmy podziwiać jeszcze podczas drogi w dół, a gdy zeszliśmy poniżej nich, otaczała nas bezlitosna mgła. Nie wiemy jak wygląda Fudżi z dołu, ani jak wygląda ten dół ze szczytu Fudżi. Ale to nic nie szkodzi. I tak było super! dsc04613-1024x682 Najmniej przyjemna w całej tej wyprawie okazała się droga w dół. Idąc do góry szliśmy w absolutnej ciemności, więc nasza wyobraźnia mocno pracowała, wymyślając co chwile to nowe scenariusze tego co nas otacza. I tak było lepiej. Bo to co ujrzeliśmy w świetle słonecznym, nie było nawet w najmniejszym stopniu tak ciekawe jak to co wyrażaliśmy sobie o zmroku. Zbocze wulkanu pokryte jest w całości szarym żwirem, żadnej roślinności, zielonej trawki czy kolorowych kwiatków. Tylko pył, kamienie i piasek. Tym bardziej więc cieszyliśmy się z decyzji wejścia na szczyt nocą. Około 8.00 rano byliśmy już z powrotem w stacji piątej, skąd wzięliśmy autobus powroty do Fujikawagochiko nad nasze jeziorko. I choć początkowo w planach mieliśmy jeszcze objechanie wszystkich 5 jezior, tak z powodu złej pogody i zerowej widoczności musieliśmy sobie to odpuścić. Przynajmniej mamy powód, żeby tam jeszcze kiedyś wrócić 🙂

dsc04709-1024x682

Ps. Wyobraźcie sobie, że na szczycie tego wulkanu, kawałek od głównego miejsca widokowego, znajduje się najwyżej położona na świecie poczta 🙂 A pocztówka ze szczytu Fudżi, jak i wszystkich innych miejsc Japonii, idzie do Polski w „shinkansenowym” tempie, czyli około 1 tygodnia!

Odpowiedź do artykułu “Droga na szczyt – Fudżi

  1. Paula Kamińska z rodziną

    Witam kuzynkę 🙂 wspaniałe zdjęcia i cudowne widoki fajnie jest dzięki wam zobaczyć bardziej naturalne zdjęcia tych wszystkich fantastycznych miejsc. Pozdrawiamy i czekamy na więcej 🙂

    PS: ale szkoda że jednak nie zjadłaś tego jajka XD hihi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *