Podróżne Opowieści

Dżungla

3:35 obracam się na drugi bok i próbuję dalej spać. 4:50 w tle słychać intensywnie padający deszcz albo… rwącą rzekę. 6:18 robi się jasno i już nie trzeba się bać ciemności:) Tak wyglądały nasze pierwsze noce. Dopiero po 4 dniach przyzwyczailiśmy się do nocnych odgłosów dżungli, do rwącej rzeki, która w nocy zawsze brzmiała jak ulewny deszcz, do latających wokół nietoperzy i do świadomości, że blisko nas może właśnie przebywać wąż, jaszczurka albo coś jeszcze innego. Zazwyczaj wstawaliśmy ok. godz. 7.30 i od rana zabieraliśmy się za pracę.

Poranne porządki w obozie

Poranne porządki w obozie

Codzienna toaleta

W obozie jest co prawda łazienka z prowizorycznym prysznicem, jednak my wolimy bardziej praktyczną formę kąpieli czyli rzekę lub wodospad. Choć temperatura wody jest tak samo porażająca, to z dwojga złego dużo ciekawiej jest nad rzeką, a do tego można zrobić prysznicopranie, czyli kąpać się w rzeczach:) Jeżeli nie wpadło się akurat do błota i rzeczy nie są zbyt brudne, to taka forma prania w zupełności wystarcza. Problem jest tylko z wysychaniem, tzn. w dżungli właściwie nie ma takiego pojęcia jak wysychanie – cały czas jest tu wilgotno, a do tego przez drzewa jest ograniczony dostęp do Słońca, więc jeżeli chce się coś wywiesić do przeschnięcia to trzeba je przewieszać co 10-15 min lub po prostu nosić na sobie, co robiliśmy najczęściej:) Czasami do prysznicoprania dochodziła jeszcze toaleta i robił się taki dżunglowy mix 3w1 (wersja tylko dla hardcorów, czytaj Łukasz).

Pierwsze pranie Magdy:)

Pierwsze pranie Magdy:)

Kuchnia

Trzeba przyznać, że wcześniejsi wolontariusze odwalili kawał dobrej roboty, budując polową kuchnię. Był w niej prowizoryczny, samodzielnie zrobiony zlew, duży bambusowy stół i nawet półki na przyprawy i jedzenie. Nie było jednak lodówki, ani żadnego sprzętu który normalnie spodziewamy się w kuchni spotkać. A to wszystko z powodu braku prądu. Były za to 2 palniki na gaz, który staraliśmy się maksymalnie oszczędzać. Powód tego był bardzo prosty – gdy butla z gazem jest pusta, trzeba samemu zanieść ją do wioski, po czym przynieść nową. Jeżeli kiedykolwiek ktoś miał okazję podnieść pełną butlę z gazem, niech sobie teraz wyobrazi przedzierać się z nią godzinę przez dżunglę!

Kuchnia

Kuchnia

W kuchni największym problemem jest limitowany dostęp do produktów spożywczych. Na czas wolontariatu każdy obowiązkowo zamienia się w wegetarianina, co nam zupełnie nie przeszkadzało. Największy problem był jednak w limitowanym dostępie do warzyw w najbliższej wiosce. Żeby je kupić, czasami nie ma wyjścia i trzeba się wybrać taksówką do kolejnej wioski oddalonej o ok. 20 km, a to niesie ze sobą spore koszty. Do tego wszystkie świeże warzywa czy owoce po 3-4 dniach pobytu w naszej dżunglowej kuchni gniły lub były zjadane przez różnego rodzaju gryzonie! Ale jakoś trzeba było sobie radzić. Jednej nocy podczas gotowania kolacji Łukasz zabił szczura, który biegał sobie jak gdyby nigdy nic pomiędzy suszącymi się naczyniami. Wszyscy się ucieszyliśmy, naiwnie wierząc że od tego momentu chociaż na kilka dni będziemy mieć spokój. Niestety stało się zupełnie na odwrót… szczury w odwecie wypowiedziały nam wojnę. Każdego ranka znajdowaliśmy kolejne przegryzione plastikowe pudełko, w którym przechowywaliśmy owsiankę, mąkę, cukier itp. Szczury nie były jednak jedynym problemem. Ze względu na brak prądu używaliśmy świec i czołówek, które to masowo przyciągały różne ćmy i inne dziwne owady do tego stopnia, że po kilku dniach przyzwyczailiśmy się do widoku wpadającej ćmy do gotującego się jedzenia. Odrobina białka jeszcze nikomu nie zaszkodziła 😉

DSC04514

Goście

Do naszej dyspozycji mieliśmy starą Nokię której bateria wystarczała na kilka dni i która jako jedyna łapała tutaj minimalny zasięg. Dzięki temu mieliśmy kontakt z naszym szefem i dowiadywaliśmy się o gościach i nowych wolontariuszach. Niestety, albo stety, nasz obóz oddalony jest od wioski 40-sto minutowym marszem przez dżunglę, przez co każdy nowy gość czy wolontariusz musi być przez nas odebrany. Wypad do wioski to zazwyczaj okazja, żeby podładować telefon, sprawdzić Internet czy kupić sobie coś słodkiego w sklepikuJ Zbiórka dla gości i wolontariuszy to godzina 15 przy lokalnej restauracji, parę formalności wcześniej i można ruszyć w drogę. Obozowisko przyciąga gości ze wszystkich stron świata. Przybywa tu każdy, kto chce spędzić noc w jednym z najstarszych na świecie lasów deszczowych. Dla gości dostępne są 2 rodzaje noclegów – w domkach 2 osobowych (taki  5 gwiazdkowy pokój w dżungli z własną świeczką:) i w namiotach (bez świeczki :). Do naszych obowiązków związanych z gośćmi należało przygotowywanie posiłków i dbanie o to, żeby gość przyjemnie spędził tutaj czas. Ja zazwyczaj wychodziłem z nimi na dzienne lub nocne trekking w dżungli. Wersja dzienna to huśtanie się na lianie, oglądanie dżunglowej roślinności mijanej po drodze, a na koniec przeprawa rzeką zakończona orzeźwiającą kąpielą w wodospadzie. Wersja nocna, krótsza ale ciekawsza, bo zawsze udało się znaleźć jakiegoś jadowitego węża czy pająka.

W pracy :)

W pracy 🙂

Wolontariusze

W okresie 2 tygodni naszego pobytu w dżungli mieliśmy pod sobą 5 wolontariuszy z czego 3 prawie 10 dni i to właśnie tą 3 zdążyliśmy lepiej poznać.

Leroy – podróżnik z Republiki Południowej Afryki, który 2 lata pracował w Japoni jako nauczyciel języka angielskiego i chwalił się mnóstwem wolontariatów w różnych częściach Świata. Pierwsze wrażenie okazało się niestety bezbłędne. Typ myśliciela który najchętniej cały dzień wysiadywałby przy książkach i zastanawiał się nad sensem swojego istnienia. Niestety dżungla to miejsce gdzie trzeba być kreatywnym, albo chociaż pracowitym. Niestety jak Leroy’owi nie napisało się na tablicy, że ma grabić liście od 9.30 do 12.00 na ścieżkach przy domkach, to robił to przez 5 minut i do tego gdzieś w środku lasu, gdzie nikt nie chodzi. No cóż, tacy się też zdarzają. O ile dla nas podróżowanie to sposób na poznanie świata, tak on jest z tych co podróżują bo nie wiedzą co innego ze sobą zrobić.

Jovani i Adrianna – młode małżeństwo z USA, które podobnie jak my podróżuje teraz po Azji. Z nimi było zdecydowanie lepiej, można było na nich polegać i powierzać im „ambitniejsze” prace.  Z naszym amerykańskim małżeństwem było o tyle fajnie, że byli bardzo towarzyscy i czasami do ich obowiązków należało również zabawianie gości rozmową:)O ile ja z Magdą możemy bez problemu porozumiewać się po angielsku, to niektóre mocne, specyficzne akcenty gości z Nowej Zelandii, Australii czy Szkocji powalały nas z nóg.

Przez ostatnie kilka dni było nas w sumie 8 wolontariuszy i 1 gość :)

Przez ostatnie kilka dni było nas w sumie 8 wolontariuszy i 1 gość 🙂

Jednak to Polacy, jak często bywa, okazali się najbardziej twórczy i pracowici. Do zadań Magdy należało przede wszystkim dbanie o ogólny porządek w obozie i w obozowym ogrodzie, gotowanie, przeprowadzanie gości przez dżunglę itp.  Do moich zadań należało rozdzielanie pracy wśród pozostałych wolontariuszy i te najbardziej ambitne sprawy jak remont tarasu, mostu bambusowego, poręczy i schodów prowadzących do wodospadu. Nasze pierwsze spostrzeżenie po dotarciu do obozu to fakt, że wyglądał na mocno zapuszczony. Tak jakby czasy jego świetności już minęły. Od razu postanowiliśmy więc przywrócić mu dawny błysk i po 2 tygodniach byliśmy w pełni usatysfakcjonowani z otrzymanego rezultatu 🙂

Czas wolny i cała reszta

W czasie wolnym robiliśmy przeróżne, mniej lub bardziej ciekawe rzeczy. Udało mi się zrobić swój pierwszy  bambusowy regał na rzeczy, ale jak to się mówi pierwsze koty za płoty, więc po kilku dniach zmienił się na podpórki do roślin:) Przy okazji sylwestra przygotowałem zestaw lokalnych bambusowych kieliszków, które zostały przetestowane i sprawdzone jeszcze tego samego wieczoru:)

Bambusowe kieliszki

Bambusowe kieliszki made by Łukasz

Czasami chodziliśmy kąpać się do wodospadu i znajdujących się tuż obok niego małych „baseników” na tyle głębokich, że można było do nich skakać. W wolny dzień można się wybrać do znajdujących się w najbliższej wiosce gorących źródeł. Jako że temperatura do dworze rzadko spada poniżej 30 stopni, kąpiel w gorącej wodzie nie brzmiała dla nas zbyt przekonująco. Z chęcią za to wybraliśmy się na Conopy Walk, czyli spacer wiszącymi mostami pod koronami drzew, na wysokości ponad 40m 🙂

Tarzan!

Tarzan!

Najczęściej jednak nasz czas wolny spędzaliśmy w dżungli. Raz z nowymi wolontariuszami wybrałem się na trekking, żeby pokazać gdzie mogą zabierać gości i jakoś tak wyszło, że poszliśmy zupełnie nieznaną do tej pory ścieżką. Wszystko byłoby fajnie gdyby nie to, że w pewnej chwili zaczął padać ulewny deszcz, zupełnie straciłem orientację w terenie, a do tego byłem w japonkach:)Jak to na mało uczęszczanej ścieżce, za pomocą maczety przedzieraliśmy się przez dżunglowy gąszcz. O ile pierwsza wywrotka nie zrobiła na mnie większego wrażenia, to już druga była znacznie mocniejsza. Upadając w tył na plecy, maczeta wyleciała mi z ręki. Po krótkim locie w górę, wbiła się w ziemię 1m od mojej głowy. Po kilku wywrotkach na śliskim gruncie stwierdziłem, że z dwojga złego lepiej zdjąć japonki. Boso przez dżunglę w nieznanym terenie  – spokojnie mogę to odhaczyć na liście ciekawych rzeczy które zrobiłem:)

W dżungli prawie codziennie padało, tzn. czasami delikatny deszczyk, czasami urwanie chmury. Ale jak się później okazało, dzięki tym stałym opadom mieliśmy ciągłość w dostawach wody z pobliskiego strumyka. Raz w ciągu naszego pobytu nie padało przez 3 dni i ostatniego dnia straciliśmy wodę. Okazało się, że nasz strumyczek wysechł prawie w całości. Trochę się wystraszyliśmy, bo oczywiście pozostawieni byliśmy sami sobie, bez nikogo kto nadzoruje sytuację w obozie. Na szczęście udało mi się pogłębić, oczyścić z piasku i liści istniejące koryto rzeczne i po kilku godzinach woda do nas wróciła.

Generalnie czas w obozie wyznaczało Słońce, choć na szczęście nie dotyczyło to poranka. Spaliśmy do ok. 7.30 – 8.00, ale wieczorami chodziliśmy spać już ok. godz. 21.-22. W naszym obozie nie było prądu, bo w dzień naszego przyjazdu zepsuł się generator. Wieczorne gotowanie i kolacja przy blasku świecy stały się więc dla nas normą i bardzo to polubiliśmy.

Dzikie zwierzęta

Przyjeżdżając tutaj spodziewaliśmy się spotkać mnóstwo dziko żyjącej zwierzyny w pobliżu obozu, niestety pod tym względem trochę się zawiedliśmy. Jeszcze kilka lat temu na porządku dziennym były małpy i wiele inny zwierząt, które pojawiały się nawet na terenie obozu. Teraz jednak tych zwierząt prawie się tu nie spotyka. A to wszystko za sprawą kłusowników, którzy są tutaj zupełnie bezkarni. Mając sporo szczęścia można jednak nadal zobaczyć dzikie małpy wysoko na drzewach, a w pobliżu obozowiska przede wszystkim mnóstwo wiewiórek, pięknych motyli, węży, ciekawie wyglądających żab i różnych dziwnych owadów, od olbrzymich mrówek, po patyczaki. Codziennością są również pijawki i szczury. Każdego dnia trzeba było uważnie sprawdzać swoje ciało pod kątem obecności pijawek. Bo o ile pijawki na nogach, do wysokości kolan są dość oczywiste, to te które skaczą na ciebie z drzew i przyczepiają się do pleców, a Łukaszowi raz nawet do czoła, są już mniej spodziewane. Bardzo lubiły też teren pośladków, tam chyba czuły się najbezpieczniej!

Ten pan odpoczywał sobie tuż przy kuchni

Ten pan odpoczywał sobie tuż przy kuchni

IMG_3013

Gość naszego obozu

IMG_2983

Pająki, pomimo, że małe, to były super!

Podsumowując taki wolontariat w dżungli to bardzo fajne doświadczenie i niesamowita szkoła życia. Słyszeliśmy o jednym z wolontariuszy z Wielkiej Brytanie który przyjechał tutaj w wieku 18 lat jako typowy „miastowy, rozkapryszony” chłopak, a po 8 miesiącach spędzonych w tych warunkach wyjeżdżał jako pewny siebie i umiejący sobie radzić w każdej sytuacji facet. Taka alternatywna forma dopełnienia szkolnej edukacji;)

Odpowiedź do artykułu “Dżungla

  1. Paweł

    Szczury to chyba zupełna nowość w Lupie Masie. Jak my tam byliśmy prawie 3 lata temu to nie było tam żadnego szczura! Problemem za to były mrówki, które właziły do każdego nieszczelnie zamkniętego pojemnika z jedzeniem. Też mieliście problem z mrówkami?

    Tak poza tym bardzo miło czyta się Wasze wpisy o tych samym miejscach, które my odwiedziliśmy 3 lata temu. Wracają wspomnienia… 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *