Podróżne Opowieści

Manila, jak wydostać się z lotniska

Przez ostatnie dni w Chinach marzyliśmy już tylko o tym żeby znaleźć się na Filipinach. Na piaszczystych, pięknych plażach, w kraju gdzie wszyscy mówią po angielsku i do tego jest tak ciepło że będziemy mogli w końcu nocować w namiocie. A każdego dnia na obiad będziemy jeść świeżo złowione owoce morza kupione za grosze. Filipiny kojarzyły się nam z rajem na Ziemi. Chyba mieliśmy trochę zbyt duże oczekiwania względem tego kraju 🙂

Każdy kto chce zwiedzić Luzon (główną wyspę) musi zmierzyć się na dzień dobry ze stolicą Filipin – Manilą. To 14 milionowe miasto z drapaczami chmur zaraz obok slumsów i zakorkowanymi ulicami 24/h 7dni w tygodniu, zdecydowanie nie jest miejscem w którym ma się ochotę zatrzymać na dłużej. My zostaliśmy na noc u Malesha z CS po czym następnego dnia chcieliśmy jak najszybciej się stąd wydostać. Nie poszło jednak tak łatwo. Właściwie to od początku do końca nie było łatwo. Zabawa zaczyna się tuż po przylocie, gdy z powodu braku publicznych autobusów, każdy podróżny skazany jest na taksówkę. Na lotnisku funkcjonują ich 2 rodzaje – te akredytowane przez lotnisko (żółte) z góry ustaloną ceną za przejazd w zależności od podanego adresu oraz taksówki miejskie (białe) w których płaci się za przejechane kilometry w rezultacie czego są tańsze. Bardzo przydatną informacją, która oszczędzi każdemu sporo czasu to wiadomość, że żółte taxi znajdują się na prawo od głównego wyjścia na parterze, natomiast żeby dostać się do taksówek białych trzeba wyjść z lotniska na pierwszym piętrze tam gdzie znajduje się główne wejście. Niech was nie przestraszą kolejki, bo w przypadku obu rodzajów taksówek są tak samo długie. Tyle tylko że w przypadku tych żółtych czekają głównie obcokrajowcy, a przy białych lokalsi. Jest jeszcze 3 rodzaj taksówek, których kierowcy sami was znajdą i będą z pewnością pierwszymi osobami które do was zagadają po wyjściu z terminalu. Na nie nie trzeba czekać w żadnej kolejce, jednak ceny mają wręcz zabójcze, jeżeli więc nie chcecie stracić ponad tysiąca pesos albo i dwóch na dzień dobry, to warto ustawić się w kolejce i poczekać.

Gdy tak czekaliśmy w kolejce z lokalsami na białą taksówkę, Filipińczyk który stał przed nami zasugerował, żeby z góry powiedzieć taksówkarzowi że zapłacimy mu dodatkowo 50 – 100 PHP, w zamian za użycie metromierza, dzięki temu taksówkarz nie będzie chciał nas oszukać. Tak też zrobiliśmy i faktycznie dojechaliśmy do celu najszybszą drogą a za całość zapłaciliśmy ok. 200 PHP (17zł).

Nasz host zabrał nas wieczorem na cotygodniowe czwartkowe spotkanie z Couchsurfingu. Już tej pierwszej nocy Filipińczycy zrobili na nas bardzo pozytywne wrażenie, które jak najbardziej potwierdzone zostało następnego dnia. Ale po kolei. Rano zaopatrzyliśmy się w lokalną kartę SIM (340 PHP z 1,5 GB Internetu w sieci Globe), po czym udaliśmy się na dworzec. Widząc ogrom chaosu tego miasta, już z góry odpuściliśmy sobie łapanie stopa. W Manili niestety nie ma jednego centralnego dworca autobusowego. Każda firma ma swój osobny dworzec do tego w zupełnie różnych częściach miasta. Na dworcu na który udało się nam dotrzeć wszystkie bilety w kierunku w który chcieliśmy jechać zostały wykupione. Musieliśmy jechać więc na kolejny, oddalony o godzinę drogi. Na drugim dworcu znów nie było biletów, na szczęście na trzecim się udało. Co prawda nie tam gdzie chcieliśmy, bo oczywiście biletów już nie było, ale chociaż w dobrym kierunku. Na dobre nam to jednak wyszło, bo w autobusie poznaliśmy bardzo sympatyczną filipinkę z CS, która od razu zaprosiła nas na urodziny swojego brata, w domu swoich rodziców, do których jechała 🙂

Pola ryżowe. Okolice Solano.

Pola ryżowe. Okolice Solano.

IMG_2307

Leiah i jej rodzinka.

Spędziliśmy dzięki niej całą dobę w uroczej małej wiosce, która turystów nigdy nie widziała. Ich dom był otwarty dla wszystkich. Dzieciaki z wioski spędzały tam większość dnia, a gdy przychodziła pora obiadu, nikt nie widział problemu w podzieleniu się nim z grupą małych łobuzów.

Młode wilki z Solano

Młode wilki z Solano

A co ciekawe, oprócz zwykłych psów i kotów, w ogródku na sznurku znajdowała się dzika małpa 🙂 Za nic nie szło jej pogłaskać, nawet zbliżyć się nie dało, nie wspominając już o zabawie z nią. Nie do końca zrozumieliśmy więc po co ją właściwie mają. Na pewno lepiej by jej było na wolności.

DSC03527

Małpa na łańcuchu w ogródku.

Z ciekawością odwiedziliśmy lokalną szkołę podstawową w której pracowała jej mama. Byliśmy bardzo mile zaskoczeni. Pomijając już fakt, że w większości szkół wszystkie zajęcia prowadzone są w języku angielskim to dzieci oprócz zwykłych zajęć teoretycznych, mają także dużo praktycznych, w tym sadzenie warzyw, prowadzenie własnych ogródków a nawet hodowlę zwierząt gospodarczych. A do tego za umiejętność sprzedania czegoś co sami wyhodowali dostają wyższą ocenę 🙂

DSC03493

Sale lekcyjne w Filipińskiej szkole.

DSC03494

Szkolny korytarz.

Następnego dnia chcieliśmy dojechać stopem do oddalonego o ok. 80km Banaue – miejscowości słynnej na całych Świat z tarasów ryżowych. Choć odległość niewielka a do tego tyko jedna główna droga to nasz autostopowy plan szybko poległ :/ Staliśmy dość długo ale żadne auto się nie zatrzymało. W sumie to 80% pojazdów które nas mijały to albo jeepneye (pojazdy które funkcjonują tutaj jako krótko bieżące autobusy) albo trójkołowce (motory z doczepioną kabiną dla 2 pasażerów, służące jako taksówki). Nieliczne prywatne samochody, które nas minęły, zupełnie nie maiły ochoty się dla nas zatrzymać. Nie chcieliśmy stracić całego dnia na czekaniu, więc przy pomocy 3 jepneyów dostaliśmy się do Banaue. Jedno trzeba Filipińczykom przyznać – transport publiczny mają bajecznie tani.

 

IMG_2427

Jeepney – główny środek transportu na Filipinach.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *