Podróżne Opowieści

Jedwabnym szlakiem (Kashgar – Jerkend – Hotan – Dunhuang – Jiayuguan)

Z Karakul Lake do Kaszgaru wróciliśmy ok. godziny 18. Było jeszcze jasno więc postanowiliśmy ruszyć dalej. Wyjechaliśmy podmiejskim autobusem kawałek za centrum i ustawiliśmy się na poboczu. Mieliśmy dużo szczęścia – po ok. 10 min zatrzymał się super samochód, a w nim dwóch Ujgurów. Pokazaliśmy w jakim kierunku chcemy jechać i ruszyliśmy. Pomimo, że nie znamy chińskiego (oni w sumie też niezbyt) jakoś sobie radziliśmy i atmosfera w aucie była bardzo fajna. Udało się nam nawet dowiedzieć, że jadą do miasta oddalonego o 200km. Nie mogliśmy tylko zrozumieć po co tam jadą, bo nie mieli ze sobą żadnych bagaży, a mówili że mieszkają w Kaszgarze. Ale nie miało to dla nas znaczenia, cieszyliśmy się że mamy podwózkę. I to nie byle gdzie, bo do Jerkend – to tutaj rok temu doszło do najbardziej krwawych protestów i starć Ujgórów z Chińczykami. Od tego momentu w całej prowincji Xinjang jest mnóstwo policji. Co jakiś czas na drodze są kontrole dokumentów i zawartości bagażnika. Stacje paliw są otoczone drutem kolczastym a kierowca, który chce zatankować samochód, musi zostawić pasażerów przed stacją. O ile w całej prowincji jest dużo policji to w Jerkend policja jest dosłownie na każdym rogu. Postawione zostały nawet w tym celu małe posterunki na każdej ulicy. Jako że przyjechaliśmy dość późno w nocy, kierowca pomógł nam znaleźć hotel. Niestety był bardzo drogi (po stargowaniu ceny wyszło 200rmb za pokój). Normalnie byśmy szukali czegoś innego, ale było już po północy. Nasz kierowca odprowadził nas do pokoju, jednak zamiast się z nami pożegnać, usiadł sobie wygodnie w fotelu i wyglądało na to że nigdzie nie miał zamiaru się ruszać. Minęło 10 minut i nic się nie zmienia, nie wiedzieliśmy co mamy robić. Zaczęliśmy dopytywać się (dopytywać się to zdecydowanie za mocne słowo 😉 – o co chodzi. Z tego co zrozumieliśmy, wynikało że kierowca wraz z pasażerem chcą spać z nami w pokoju. Ale nie wiedzieliśmy dlaczego, po co i czy się do tego jakoś dołożą. Kierowca zadzwonił do znajomej, która łamanym angielskim wytłumaczyła nam, że jej koledzy chcą zostać z nami w pokoju, bo niby mają problem, żeby tu coś wynająć dla siebie. Jednak po chwili kierowca zaczął pokazywać na pieniądze. Nie rozumieliśmy czy to my mamy mu coś dać, czy on się nam dołoży do pokoju. Zero porozumienia.  Do tego dziewczyna z telefonu zaczęła mówić, że skoro oni nas tutaj podwieźli to my musimy im opłacić pokój lub dać pieniądze. Zaczęło to wyglądać nieciekawie. Wyrzucić gościa z pokoju się nie dało, uznaliśmy więc że jedynym wyjściem jest zrezygnować z tego hotelu. Wzięliśmy więc plecaki i wyszliśmy. Kierowcy zdecydowanie się to nie spodobało, zagrodził nam nawet wejście do windy.  Na szczęście klatka schodowa była otwarta. Widzieliśmy go jeszcze raz na dole w recepcji jak wymachiwał rękoma i tłumaczył coś recepcjonistce. Zrezygnowaliśmy z pokoju, pomimo że nie oddali nam całości kwoty. Było krótko przed 1 w nocy, gdy wyszliśmy na ulice zupełnie wiedząc co dalej. Nasi kierowcy siedzieli w samochodzie przed hotelem i nas obserwowali.  Gdy szliśmy, oni jechali za nami. Na szczęście tuż obok był posterunek policji i szybko udaliśmy się w ich kierunku.

IMG_1515 W naszej podróży po Chinach mamy przygotowane dwa listy podróżnika. Jeden z nich przeznaczony jest na wytłumaczenie kierowcy że chcemy się z nim zabrać, a drugi przygotowany jest na okoliczność szukania noclegu, List dotyczący noclegu okazał się skuteczny – policjancie po krótkiej naradzie zaprosili nas do siebie do środka i odstąpili nam swoje prycze. Byliśmy prze szczęśliwi. Nocleg w budce policyjnej może nie był zbyt komfortowy, ale za to nie mogliśmy trafić lepiej.  Czuliśmy się bezpieczni, emocje opadły i mogliśmy spokojnie zasnąć. Rano bardzo podziękowaliśmy naszym wybawicielom i udaliśmy się w dalszą drogę. Co ciekawe, idąc miastem z ciekawości zaglądaliśmy do wszystkich mijanych budek policyjnych i żadna z nich nie miała pomieszczenia z łóżkami. Zrozumieliśmy wtedy, że choć sytuacja była nieciekawa to mieliśmy w tym wszystkim bardzo dużo szczęścia.

IMG_1521

Tego dnia już bezproblemowo dojechaliśmy stopem do miasta Hotan. Okazało się kolejnym pustynnym miastem, z tą różnicą że tutaj Ujgurzy stanowią ponad 95% ludności. Na szczęście nasz host z Couchsurfingu należał do tych 5% rodzimych Chińczyków. Odetchnęliśmy z ulgą, bo trochę się jednak zraziliśmy do Ujgurów. Ten sympatyczny młody chińczyk, zabrał nas na przepyszną kolację, po której wybraliśmy się na długi spacer po mieście. Byliśmy co prawda bardzo zmęczeni, ale gdy zobaczyliśmy, że w mieszkaniu trzyma w klatkach 2 młode pieski – Husky i Pekińczyk, jedyne co chcieliśmy zrobić to wyjść z nimi na dłuuugi spacer. Przyzwyczajenie jesteśmy do traktowania psa jak członka rodziny, a tu taki psikus.

IMG_1525

 

Kolejny dzień zaczęliśmy jak zawsze wcześnie rano, żeby stopować jak najdłużej w ciągu dnia. W pewnym mieście już po południu spotkaliśmy zabawnego chińczyka, który podróżuje po Chinach od 3 miesięcy tak jak my autostopem. Chwilę staraliśmy się porozmawiać, jednak nie znał angielskiego więc się rozdzieliliśmy, tzn. my odeszliśmy bardziej do przodu a on został w tyle. W pewnym momencie odwróciliśmy się w kierunku naszego nowego kolegi, gdy ten akurat wsiadał do samochodu. Trochę nam się przykro zrobiło, że to nie byliśmy my. No ale trudno. Ruszyliśmy dalej lecz wtedy samochód z chińskim autostopowiczem zatrzymał się przy nas i zaprosił do środka! Mieliśmy  transport na 300 km:) To ci dopiero Chińczyk! Tego dnia pomógł nam z hostelem i z kolacją. Rano rozdzieliliśmy się już na dobre, dlatego że jechał w innym kierunku niż my.

IMG_1540

Szczęście nas jednak nie opuszczało, bo gdy doszliśmy do obwodnicy to ledwo zdjęliśmy plecaki a już zatrzymali się Oni – nasi bohaterowie najbliższych dwóch dni 🙂 Tego dnia chcieliśmy dojechać do miasta oddalonego o ok. 600 km. Przygotowani byliśmy na wielokrotne zmienianie samochodów, a tym czasem okazało się że jedzie tam pierwszy zatrzymany kierowca 😀  Do tego nie byli to przeciętni Chińczycy lecz poszukiwacze złota 🙂 Droga mijała nam z nimi w bardzo fajnej atmosferze i pomimo że nie znali angielskiego to porozumiewaliśmy się za pomocą internetowego translatora w telefonie.

DCIM100MEDIA

W pewnym momencie kierowcy zaproponowali nam, żebyśmy jechali z nimi do końca, czyli ok. 1300km dalej do miasta Donhuage. Szybko sprawdziliśmy co przewodnik pisze o tym miejscu i zapowiadało się na prawdę ciekawie. Nie musieli nas więc długo przekonywać żebyśmy zmienili plany 😉 Nie mogliśmy tylko zrozumieć czy planują tą trasę zrobić w 1 dzień czy zatrzymają się na nocleg, ale było nam to bez różnicy. Cały czas otaczała nas pustynia Takla Makan. Widoki były piękne. Momentami pustynia była piaszczysta, czasami kamienista, by po chwili zmienić się w górzystą. Krajobraz co chwilę się zmieniał, a my jechaliśmy cały czas lekko pod górę, nie mogąc nacieszyć się widokami. Około godziny 18.00 wjechaliśmy do położonej w górach wioski i nasi towarzysze powiedzieli, że tu zostaniemy na noc. Ale najpierw – kolacja!! Przez cały dzień zjedliśmy tylko śniadanie, więc od kilku godzin marzyliśmy o czymś do jedzenia. Kolacja na którą zostaliśmy zaproszeni, wraz z gromadą kilku znajomych naszych kierowców którzy mieszkali w tym mieście, zdecydowanie warta była tego czekania 😀

IMG_1550

Tego nam było trzeba – pyszne, różnorodne i ciepłe jedzenie, a co najważniejsze wszystkiego bardzo dużo. Chińczycy już tak maja, że zamawiają zdecydowanie więcej niż są wstanie zjeść. To ponoć świadczy o ich dobrobycie. Gdy więc wszyscy się najedli, na stole nadal zostało mnóstwo jedzenia. Ciężko się nam z tym pogodzić, ale pewnie nawet gdybyśmy się uparli i na siłę zjedli wszystko, to oni zamówili by jeszcze jedno danie tak tylko po to żeby coś zostało na stole 😉

Po kolacji przyszła pora na szukanie noclegu. Podjechaliśmy do najbliższego hotelu, jednak po sprawdzeniu cen, spytaliśmy się czy jest może w pobliżu coś tańszego. Kierowcy odparli wtedy, że jesteśmy dziś ich gośćmi i że oni z przyjemnością zapłacą za pokój:)
Przed wyruszeniem w drogę czytaliśmy trochę różnych blogów podróżniczych i słyszeliśmy, że czasami się zdarza, że gościnni chińczycy opłacają podróżnikom hotel. Mieliśmy nadzieję że i nas to kiedyś spotka i proszę – udało się! 🙂 Byliśmy bardzo szczęśliwi. Nie mogliśmy uwierzyć, że nie dość że złapaliśmy stopa na 1300km i zostaliśmy zaproszeni na kolację to jeszcze dostaliśmy w pakiecie pokój w śwetnym hotelu! Szybko przekonaliśmy się, że to jeszcze nie koniec 🙂 Ledwo zostawiliśmy w pokoju plecaki, a już zostaliśmy porwani na część towarzysko rozrywkową wieczoru 🙂 W Chinach bardzo popularne są tak zwane KTV –  to nasze karaoke tylko w bardziej zaawansowanej wersji.  Grupa znajomych spotyka się w wynajętej prywatnej sali i przy dużej ilości piwa zamienia się w grupę rockową 😛 Pierwszy do mikrofonu ruszył jeden z naszych kierowców, który okazał się świetnym piosenkarzem. Nasze tłumaczenia, że nie umiemy śpiewać nie pomogły i po kilku chińskich utworach przyszła pora na nas. Na początku trochę się krępowaliśmy, ale po jakimś czasie sami zaczęliśmy domagać się mikrofonu  😉 Wieczór był genialny!
Rankiem pobudka i ruszyliśmy w dalszą część trasy. Podróż tak jak dzień wcześniej przebiegała super, czasami zatrzymywaliśmy się, żeby zrobić zdjęcia i w końcu po kilku godzinach jazdy dojechaliśmy do Dunhuang w prowincji Gansu. To pustynne miasto, niegdyś będące małą oazą, stoi u podnóża wielkiej wydmy o wysokości 1715m. Oboje uwielbiamy góry i od kilku lat regularnie w nie jeździmy, ale z tak ogromną wydmową górą jeszcze się nie spotkaliśmy 🙂 W naszym przewodniku trafiliśmy na bardzo fajny anglojęzyczny hostel Dune Guesthouse tuż przy samych wydmach. Tutaj też przyszedł czas pożegnać się z naszymi chińskimi znajomymi. Bardzo jesteśmy im wdzięczni za to co zrobili i za to jak nas ugościli. Nie wyobrażam sobie takiej gościnności w Europie, a tutaj nie jest niczym niezwykłym. Miasto Dunhuang za to samo w sobie nie powala. Nocny bazar zapełniony chińskimi turystami aż straszył wysokimi cenami (w każdym innym mieście jest to najtańsze miejsce żeby coś zjeść, podczas gdy tutaj było najdroższym). Następnego dnia za to zwiedziliśmy piękny kompleks świątyń buddyjskich i to za darmo. Spędziliśmy tam trochę czasu, podziwiając te piękne budowle i ciesząc się spokojem jaki wypełniał to miejsce. Przyjemnie jest tak sobie po prostu usiąść, obserwować otoczenie i cieszyć się miejscem, cieszyć się życiem.

DSC01677

 

Na popołudnie zaplanowaliśmy  trekking po wydmach. Jednak w Chinach jak coś stanowi atrakcję turystyczną, to od razu zostaje ogrodzone drutem kolczastym z bramkami opłat za wstęp tak wysokimi, że przeciętnej osoby po prostu nie stać. A tym bardziej gdy ma w planach kilkumiesięczną podróż. Z góry stwierdziliśmy że nie będziemy wydawać tak dużej sumy pieniędzy tylko po to, żeby pochodzić po wydmach. Ale Polak tak łatwo się nie poddaje 🙂 Przecież pustynia jest zbyt dużym obszarem żeby ją całą odgrodzić płotem i on na pewno się kiedyś skończy. Wybraliśmy się więc wzdłuż z nadzieją że dojdziemy do jego końca lub chociaż jakiejś dziury. Jak się zdziwiliśmy, gdy po godzinie szybkiego marszu końca nadal nie było widać! Wszystkie dziury zostały załatane, a na dodatek umieszczono kamery z czujnikami ruchu, które wszczynały alarm gdy człowiek zbliżał się zbyt blisko płotu. Ahh ci Chińczycy 🙂

DSC01661

Na szczęście tą nieudaną próbę dostania się na wydmy urozmaicały nam sady moreli, plantacje winogron i mnóstwo zagród z wielbłądami, które ku ich uciesze Magda uwielbiała dokarmiać 🙂 Nie udało się wejść na wydmy ale i tak było fajnie i owocowo.  Kolejnego dnia z samego rana ruszyliśmy w kierunku Jiayuguan, gdzie nasza podróż jedwabnym szlakiem dobiegnie końca, a znajdujący się tam Mur Chiński odgradza „barbarzyńskie pustynne tereny od prawdziwej chińskiej cywilizacji”.

4 odpowiedzi do artykułu “Jedwabnym szlakiem (Kashgar – Jerkend – Hotan – Dunhuang – Jiayuguan)

  1. Paweł

    Hej. Świetna historia z Ujgurami na początku wpisu. Ujgurom trzeba zawsze na początku dać znać, że chodzi o darmowy autostop. Gdybyście spotkali Gabora wcześniej to by Wam dał do skopiowania list autostopowy po ujgursku i to od razu taki, że jesteście parą z Polski, haha 😉

    My w Dunhuang szliśmy tak samo jak Wy, wzdłuż ogrodzenia 🙂
    Po pewnym czasie jak kamery się kończą i załatane dziury też, to można znaleźć dziury niezałatane 😉 Wdarliśmy się do środka, ale nieszczególnie warto (śmieci pełno), tym bardziej, że tam helikopter lata. Dopiero później odkryliśmy, że to helikopter turystyczny 🙂

    Czekam na opowieści z Danxia 🙂 Przewiduję, że w następnym wpisie, co?

    Przesyłam pozdrowienia z mroźnego Kazachstanu.

    1. Admin Autor

      Dokładnie, tutaj każda atrakcja turystyczna jest za siatką, wysokim murem tak, żeby nie można było obejść kasy. Ale często się udaje znaleźć „boczne wejście” 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *