Podróżne Opowieści

Kunming i Wąwóz Skaczącego Tygrysa

W Kunming zatrzymaliśmy się w mieszkaniu naszego przyjaciela Borysa, które mieliśmy na wyłączność bo Borys akurat wyjechał na plan filmowy. Pierwszy raz od początku naszej podróży mogliśmy odpocząć. Spaliśmy do 9.00, planowaliśmy dalszą trasę, nadrabialiśmy zaległości na blogu. W między czasie złożyliśmy podanie do PSB (Public Security Buro) o przedłużenie wiz. Cały proces był bajecznie łatwy – musieliśmy się w tym celu zgłosić na komisariat i tymczasowo zameldować w Kunming oraz dostarczyć zdjęcie paszportowe zrobione w wyznaczonym przez PSB miejscu. Na nowy dokument przyszło nam czekać 8 dni. Jednak już po 3 dniach odpoczynku nie byliśmy w stanie dłużej usiedzieć w miejscu,  dlatego zrobiliśmy sobie małą wycieczkę na północ Junanu do Wąwozu Skaczącego Tygrysa.

Z miasta wydostaliśmy się dość późno, ale długo nie czekaliśmy za stopem. Naszym pierwszy wybawicielem okazał się … kierowca rajdowy:) Nie wiemy czy zrobił to specjalnie czy nie, ale podczas jazdy na autostradzie mieliśmy niezły pokaz jego umiejętności rajdowych i śmiało możemy napisać, że tak szybko jeszcze nie jechaliśmy i chyba długo jechać nie będziemy:) Choć miejscami rozpędzał się do 190km/h, do wyprzedzania samochodów używał wszystkich 3 pasów autostrady, a pojęcie kierunkowskazu było mu zupełnie obce, to ani razu nie doprowadził chociażby do minimalnie niebezpiecznej sytuacji. Wszystko się więc dobrze skończyło , a nawet załapaliśmy się na obiad w roli głównej z kaczką w całości – od stóp po dziub:)

IMG_1761

Co ciekawe, kilka godzin później kolejny kierowca zaprosił nas na kolację:) I choć naszym celem tego dnia była bardzo mała wioska Shaxi, oddalona sporo od autostrady, to nie mieliśmy żadnego problemu z dojazdem tam stopem. A czemu akurat Shaxi? Bo to jedna z 3 ocalałych osad na Konnym Szlaku Herbacianym. To tędy przed wiekami wędrowały karawany z Junanu przez góry Tybetu do Indii. Na trasie zostało już naprawdę  niewiele miejsc pamiętających te czasy, a Shaxi dotrwało do dziś i to w bardzo dobry stanie. Stare „miasto” zorganizowane jest wokół małego placu, a otaczające go drewniane budynki oddzielone są wąskimi uliczkami, którymi można dojść do oryginalnie zachowanej bramy oraz kamiennego mostu. To one wprowadzały karawany do oazy. Bardzo fajnie to wszystko wygląda, jednak 1 godzina na zobaczenie wszystkiego zdecydowanie wystarcza 🙂 Miło jednak było się tam zatrzymać na noc. Nie wiem tylko, co nas podkusiło, żeby zostać  w hostelu polecanym przez Lonely Planet. Zapłaciliśmy w związku z tym 2×30 yuanów za miejsca w dormitorium, podczas gdy spacerując rano po wiosce, trafiliśmy na hotel z pokojem dwu osobowym za 50 yuanów. Gdyby się ktoś tam więc wybierał, to polecamy rozejrzeć się dookoła 🙂

Kierowcy którzy nas tutaj przywieźli, również zostali tu na noc, dzięki czemu rano mogliśmy z nimi wrócić na autostradę.

IMG_1765Tego dnia naszym celem było Qiato – miejscowość gdzie rozpoczyna się trekking w Wąwozie Skaczącego Tygrysa. Wszystko poszło dość sprawnie i ok. 14 byliśmy pod bramą do wąwozu. Jako że chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się na szlaku, stwierdziliśmy że raz na jakiś czas możemy zapłacić za wstęp do atrakcji turystycznej. Koszt to 65 yuanów/os, więc jeszcze nie tak źle. Wiemy natomiast że bez opłaty wejdzie każdy, kto znajdzie się tam wczesnym rankiem (przed 7.00) lub późnym wieczorem, bo wtedy nikt już przejścia nie kontroluje. Dostępne są 2 szlaki – górny (stary), który wiedzie małymi górskimi ścieżkami  oraz dolny – stworzony dla samochodów. My oczywiście wybraliśmy opcje pierwszą. Pierwsze 30 minut marszu to wyjście z miasteczka w kierunku gór, dopiero po jakiejś godzinie byliśmy na prawdziwym szlaku wśród drzew, skał z widokiem na płynącą poniżej Jangcy i ośnieżone szczyty ponad nią.

IMG_1768

W tym miejscu najwyższe góry osiągają  5,500 m n.p.m. Nasz szlak wił się a to mocno pod górę, a to w dół, poprzez lasy i łąki. Chcieliśmy tego dnia dojść do hostelu zlokalizowanego mniej więcej w połowie trasy. Nie było jednak tak łatwo. Po drodze musieliśmy 2 razy wejść na szczyty gór, tylko po to żeby następnie z drugiej strony zejść na sam jej dół. Najbardziej męczący fragment całego trekkingu, to właśnie wejście na tą drugą górę, która jest najwyższą górą jak znajduje się na drodze. Jest to odcinek pomiędzy Nuoyu a Yacha i przybliżony czas przejscia to ok. 60-80 min marszu. Do Tea Horse Guesthouse (90 RMB za pokój bez łazienki) dotarliśmy już o zmroku, przemierzając ostatni odcinek biegiem. Wykończeni ponad 4 godzinnym marszem z plecakami od razu rzuciliśmy się na jedzenie:) Tego dnia mieliśmy więcej aktywności fizycznej niż przez ostatnie 2 miesiące! Zasnęliśmy bardzo szybko. Rano przywitał nas piękny widok gór za oknem. Tego dnia mieliśmy ok. 5 godzin spokojnego marszu i tym razem nie zamierzaliśmy się nigdzie śpieszyć. Tylko my, górska ścieżka i krajobrazy którymi można się upajać cały czas.

DSC02903 DSC02913

Po drodze nie spotkaliśmy nikogo. Widoki były super, małe wioski na trasie, do tego wodospady, strumyki, momentami było widać i słychać potężną Jangcy. W wiosce znajdującej się na końcu naszego trekkingu znaleźliśmy bardzo fajny nocleg (Sandy Guesthouse), gdzie pokój bez łazienki kosztuje 60 RMB, a w cenie znajduje się wejście na spektakularną ścieżkę prowadzącą na sam dół wąwozu, które dla pozostałych turystów kosztuje 15 RMB/os. Bardzo się więc cieszyliśmy że nie musimy za to płacić.

DSC02922

Ponaddto okazało się że jest to najciekawszy i najładniejszy odcinek całego trekkingu. To w tym miejscu znajduje się przełom Jangcy – miejsce gdzie według legend tygrys przeskoczył rzekę z jednego brzegu na drugi (co szczerze mówiąc wydaje się zupełnie nie możliwe).

DSC02960 IMG_1807

Tak czy inaczej, droga w dół wąwozu to kolejne 45 minut drogi, poprzecinana pionowymi drabinami i stopniami wykutymi w skale tuż obok przepaści. Z każdym krokiem hałas odchodzący od rzeki staje się coraz głośniejszy. Huk wody i siła z jaką Yangcy tędy przepływała jest wręcz nie do opisania. Droga w dół kończy się na wielkim kamieniu tuż przy rzece. To miejsce naprawdę robi wrażenie. Moc natury jest wręcz niewyobrażalna. Sam nie wiem ile czasu spędziliśmy nad jej brzegiem, ale z powrotem na górze znaleźliśmy się na chwilę przed zapadnięciem zmroku.

Następnego dnia czekał nas powrót do Kunming. Z wioski codziennie odjeżdża autobus (8.00 rano) na który niestety zaspaliśmy. Na szczęście po drodze złapaliśmy jakiś busik dla lokalsów i szybko udało się nam dostać z powrotem do Qiato. Jako że jest to małe miasteczko, nie wiązaliśmy z nim większych autostopowych nadziei. Planowaliśmy dostać się z niego do oddalonej o ok. 60km autostrady, a potem to już z górki. Jakże więc duże było nasze zdziwienie, gdy okazało się że pierwszy zatrzymany samochód jedzie wprost do oddalonego o ponad 600km Kunming!! Co prawda nie łatwo było dogadać się z kierowcą, długo nie mogliśmy zrozumieć czy aby na pewno możemy jechać za darmo, ale postanowiliśmy zaryzykować. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się w bardzo ładnej miejscowości nad jeziorem, gdzie nasz kierowca zabrał nas na zwiedzanie miasteczka i obiad:) Po tym wiedzieliśmy już na 100 % że nie musimy się niepotrzebnie martwić. Był to nasz pierwszy autostop, na tak długim dystansie, podczas którego kierowca nie zamienił z nami ani słowa, a wszelkie próby nawiązania kontaktu z naszej strony były zupełnie bez owocne. Czuliśmy się trochę jak w wynajętej taksówce, choć na szczęście nie musieliśmy za nią płacić 🙂

Po powrocie z Wąwozu skaczącego Tygrysa w końcu odebraliśmy nasze paszporty. Niestety okazało się że przedłużenie wizy to koszt 160RMB/os. Szkoda że nie zostaliśmy o tym poinformowani przy składaniu dokumentów. No ale już trudno.

W czasie naszego pobytu w Kunming rozplanowaliśmy dalszą podróż, choć planowanie czegokolwiek zdecydowanie nie jest naszą mocna strona. Kiedyś spotkałem się ze stwierdzeniem, że podczas gdy turysta dokładnie wie co zwiedza, podróżnik nie wie gdzie znajdzie się następnego dnia. I tak jest też z nami, co nam jak najbardziej pasuje. Trasę wyznaczamy na bieżąco i zawsze „mniej-więcej”. Nigdy nie jesteśmy pewni co wydarzy się za chwilę, kogo spotkamy i czy może jakieś miejsce spodoba się nam tak bardzo, że będziemy tam chcieli zostać dłużej. Robimy to na co mamy ochotę i adaptujemy się do zaistniałej sytuacji. Póki co taka strategia bardzo dobrze się sprawdza dając nam dużo swobody i wolności.

2 odpowiedzi do artykułu “Kunming i Wąwóz Skaczącego Tygrysa

  1. Ewa P.

    Hej. Mam pytanko -jak wygląda w Chinach żywność dla wegetarian, jest ciężko ją znaleźć np. w sklepach czy knajpkach, czy istnieje tam coś takiego jak wegetarianizm?
    Trekking w wąwozie -super:) Pozdrawiam Ewa

    1. Admin Autor

      Hej, przepraszamy, że dopiero teraz odpowiadamy, ale jakoś nam to uciekło. Tutaj chyba nie ma oficjalnie takiego pojęcia jak wegetarianizm, przynajmniej my sie nie spotkaliśmy z tym. Ale co do jedzenia to nie ma żadnego problemu, żeby dostać takie jedzenie. Jedzenie w Chinach jest pyszne i zróżnicowane. Mają tutaj bardzo dużych warzyw i przygotowują je na różne sposoby. W sklepach czy an bazarach również nie ma problemów, żeby dostac takie jedzenie. Największym problemem jest komunikacja 🙂 Z tym może być gorzej, ale zawsze można pokazywać na produkty albo nauczyc się zwrotu „bez mięsa”.
      pozdrawiamy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *