Podróżne Opowieści

Outback i droga do Uluru

 

Kiedy myślę o Australii, przed moimi oczami pojawia się ogromne puskowie, busz gdzie okiem sięgnąć. Jedna prosta, dwupasmowa droga w idealnym stanie, i zachodzące palące słońce. Dookoła czerwona ziemia, wysuszone kłujące krzaki, które czasami wiatr odrywa i kula kilometrami. No i te czyhające w nich jadowite węże i pająki których nie widać, ale każdy wie że tam są. Żadnych drzew. Żadnego cienia. Wysuszone usta i spalona słońcem skóra. Gdzieś w oddali widać stację benzynową, kolejna za pareset kilometrów. Łapiemy już od kilku godzin stopa, ale żaden z tych kilku samochodów który nas minął, nie zdecydował się zatrzymać.

 

Podziwiamy nieziemski zachód słońca i przy ostatnich promieniach rozkładamy namiot. Lepiej to zrobić przed zapadnięciem zmroku, bo ryzyko przypadkowego spotkania z wężem jest mniejsze. Szczelnie zasuwamy śpiwory. Po zmroku upał dnia szybko idzie w zapomnienie i robi się natychmiast zimno. Zostawiamy za to otwartą zewnętrzną nakrywe namiotu i przed zaśnięciem gapimy się bez słów w niebo. Droga mleczna wygląda jakby była na wyciągnięcie ręki. Śpimy setki kilometrów od cywilizacji. Mamy duży zapas wody i jedzenia, a dzięki namiotowi czujemy się bezpiecznie. Nic nie szkodzi, że nikt się nie zatrzymał. Jutro zaczniemy od samego rana. Do Uluru jeszcze jakieś 1000km. Już niedaleko, Za 1,5 dnia będziemy na miejscu.

Uluru przebija nasze najśmielsze oczekiwania. To niby tylko skała, wielka czerwona skała, a zupełnie powala nas z nóg. Jesteśmy w samym środku Australii. Może to przez to, że jechaliśmy tutaj przez zupełnie pustkowa 3 dni. Może tylko się nam to wydaje, ale w powietrzu czuć magię tego miejsca. Nic dziwnego, że Aborygeni uważają ją za świętą. Od razu rozumiemy dlaczego. Nie mamy najmniejszego zamiaru wchodzić na jej szczyt. To ich góra, ich ziemia. Jeśli nie chcą żeby ktokolwiek na nią wchodził, to trzeba to uszanować. Słońce pali tak mocno, że nawet nie obchodzimy jej dookoła. Stoimy pod nią z opadniętymi szczękami i ogromną radośćią w sercach. Chłoniemy jej czerwień, kontrastującą zieleń krzaków i intensywny błękit idealnie czystego nieba. Czujemy się niesamowicie szczęśliwi, że tutaj jesteśmy. Gdy upał staje się nie do zniesienia, wracay do samochodu naszego kierowcy złapanaego na stopa i jedziemy do Kata Tjuty. Kilka wcześniej spotkanych osób mówiło nam, że Kata Tjuta spodobała im się dużo bardziej niż Uluru. Nie w naszym przypadku. Jest pięnie, ale to Uluru kradnie nasze serca.

Następne dnia mamy 1300km drogi powrotnej do cywilizacji. Autostop w tą stronę idzie znacznie lepiej. Gdy po 2 godzinach czekania zgarnia nas z drogi parka świeżo upieczonych lekarzy, którzy jadą w dokładnie w to samo miejsce co my, czyli do Adelaide, już witamy się z cywilizacją. W naszych myślach bierzemy cieply prysznic, robimy zakupy w dużym supermarkecie, robimy grila i popijamy swieżo mieloną kawę 😉 I tak rozmarzeni dojerzdżamy do Coober Pedy. Czyli małego pustynnego miasteczka, pośrodku absolutnie niczego. Znanego w Australii z kopalni opali i tego, że jest tam tak gorąco, że część budynków wybudowana została pod ziemią. Mamy tylko zatankować i ruszać dalej. Ale coś jest nie tak. Wiatr wieje z taką siłą, że ledwo udaje się nam otworzyć drzwi samochodu. Choć jest jeszcze wczesna godzina, robi się już ciemno. Sprawdzamy prognozę pogody a tam ostrzeżenia o ogromnych burzach, ulewach, powodziach i porywistych wiatrach na całym odcinku naszej trasy! Przecież jesteśmy na pustyni?! Ale kiedy ogromny piorun przeszywa niebo tuż nad naszym głowami wiemy, że nie mamy wyboru. Dalej już dzisiaj nigdzie nie pojedziemy. O standardowym kempingu w buszu też musimy zapomnieć. Moglibyśmy tego nie przeżyć. Szybki reaserch Łukasz znajduje to. Podziemny kemping! Dojeżdżamy w ostatnim momencie. Wieje tak że ledwo daje się ujść. Gdy rozkładamy namiot w podzimnej komorze ulewa zaczyna się na dobre. To nasz pierwszy płatny nocleg w Australii i jednocześnie najlepiej wydane 30 dolarow w tej podróży. O 22.00 gaśnie światło i opanowywuje nas zupełna ciemność. Leżąc w namiocie pod ziemią nadłuchujemy szalejącej burzy i ogromnej ulewy. W nocy woda wpływa do podziemnego korytarza, ale rozbiliśmy się na dalekim końcu, więc niczym się nie przejmujemy. Jest nam ciepło i sucho. Śpimy do 6. rano kiedy bezlitosny budzik daje o sobie znać. Kolejny dzień się zaczyna. Po ulewie ani śladu, więc czas ruszać przed siebie.

2 odpowiedzi do artykułu “Outback i droga do Uluru

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *