Podróżne Opowieści

Port Barton i Puerto Princesa

Port Barton położony jest w połowie drogi między El Nido i Puerto Princesa, odcięty od reszty wyspy 15 kilometrami bezdroży pełnych dziur. Choć przejazd tą drogą nie należy do przyjemnych, to dzięki niemu miasto nawet w połowie nie jest tak turystyczne jak El Nido, a ceny są dużo przyjemniejsze.

Plaża w Port Barton

Udało się nam znaleźć pokój w cenie 300 PHP (26zł) 50 metrów od morza! (Divinagracia). W wiosce oprócz pięknej plaży, można znaleźć jeden lokalny sklepik i kilka miejsc do jedzenia. Nam szczególnie do gustu przypadła lokalna knajpa, w której każdego dnia na ladzie w głębi restauracji, wystawione jest kilka potraw, a każda z nich za 50 PHP (4 zł) już z napojem w cenie! O tym jednak wiedzą tylko lokalni, a w menu nie ma o tym żadnej informacji. Gdy więc turysta zamawia potrawy z karty, płaci normalną cenę ok. 150 PHP. My jednak nauczeni wcześniejszym doświadczeniem, zanim weźmiemy menu do ręki, uważnie się rozglądamy 🙂 Gdy więc już znaleźliśmy najtańszy w wiosce nocleg, a do tego nawet restaurację, przyszedł czas na zorganizowanie na następny dzień głównej atrakcji, czyli Island Hopping (wycieczka statkiem po okolicznych wyspach). Cena wywoławcza to 700 PHP/os, jednak za 500 PHP też się da;) tylko oczywiście ani słowa innym turystom na łódce! 🙂

IMG_2647

Tutejsze skakanie z wyspy na wyspę mocno się różni od tego w El Nido. Mniej spektakularnych wysp i plaż, ale rafa koralowa zdecydowanie dużo ciekawsza. W jednym miejscu można nawet spotkać żółwie morskie! Trochę z niedowierzaniem słuchaliśmy opowieści naszych przewodników, o tym jak spotkali dzień wcześniej całą rodzinę żółwi. Jednak po tym jak mieliśmy okazję płynąć z żółwiem w odległości na wyciągnięcie ręki, przestaliśmy wątpić w ich słowa 🙂

DCIM100MEDIA

Port Barton jest wymarzonym miejscem jeżeli ktoś chce odpocząć, w spokoju poczytać książkę na plaży, czy po prostu leżeć i się relaksować. Bardzo nam się tutaj podobało, szczególnie, że wchodząc do morza ma się pod stopami cały czas piasek, a nie kamienie tak jak to było często w El Nido. Jest też dużo mnie turystów, a dzięki temu nie ma barów. Jest spokojnie i przyjemnie, a do tego przepięknie 😉

DSC04212

Termin naszego lotu niestety nieuchronnie się zbliżał, trzeba więc wracać do jedynego miasta na wyspie – Puerto Princesa. Udało się nam załatwić nocleg na Couchsurfingu i to jeden z tych, których się szybko nie zapomni. Po 25 minutach jazdy jeepneyem z centrum miasta na jego peryferia, dojechaliśmy do celu. Cicho, ciemno i za bardzo nie wiemy gdzie ruszyć dalej. Jednak już pierwsza spotkana osoba, upewniła nas, że dobrze trafiliśmy. Nieves przenocowała w swoim domu ponad 300 osób, więc jak tylko w okolicy pojawiają się ludzie z plecakami to wiadomo to kogo się udają.

A dom jest …. hmm… jak to powiedzieć… nietypowy! Położony tuż przy stawach rybackich, otoczony wodą i namorzynami. Tylko parter ma murowany, a całe pierwsze piętro w tym podłoga i dach wykonane są z bambusa. Gdyby tego było mało to brak w nim okien, czy chociażby drzwi. Dom dosłownie i w przenośni otwarty jest dla wszystkich! Mnóstwo tutaj ludzi z okolicy, znajomych, dzieci sąsiadów i zawsze obowiązkowo jeszcze kilku podróżników 🙂 W tym niesamowitym miejscu mieszka Nieves ze swoim chłopakiem i 2 dzieci, które nie do końca wiemy kogo są, bo ani jej ani jego. Faktem było natomiast to, że niestety nie chodzą do szkoły. Zresztą Nieves i jej chłopak nie chodzą do pracy. Gdyby tego wszystkiego jeszcze było mało to warto dodać, że chłopak Nieves jest hodowcą ”walecznych kogutów”.

DSC04323

Walki kogutów są dla Filipińczyków sportem narodowym i jest to jedna z niewielu legalnych form hazardu. Na ich farmie znajduje się ok. 30 dorosłych kogutów, a ponadto sporo młodych kurcząt i zwykłych kur. Każdy kogut ma swoją małą „zagrodę”, to znaczy patyk do którego jest przywiązany sznurkiem oraz małą budkę, żeby się schować przed deszczem. Każdego dnia Toto- chłopak Nieves, poświęca im kilka godzin pracy. Bowiem każdy poważny i ceniący się hodowca musi pilnować, żeby koguty były w bardzo dobrej formie zarówno fizycznej jak i psychicznej. Oprócz karmienia, obowiazkowo codziennie przeprowadza się z nimi trening! Trening to prowokowana walka z przypominającą koguta maskotka na kiju.

IMG_2709

Koguty, żeby lepiej się czuły muszą być czyste i w związku z tym każdy z nich średnio raz na tydzień jest kąpany w wiadrze z wodą. A wieczorami gdy na zewnątrz jest już dość ciemno, koguty są zostawiane na specjalnym wybiegu pod bardzo silnymi lampami, co ma je przyzwyczajać do areny na której walczą. Niestety nie widzieliśmy żadnej walki kogutów, ale już sam trening wyglądał interesująco. Warto dodać, że podczas zawodów walczy się na śmierć i życie. A kogut który wygra walkę, do kolejnej może przystąpić dopiero po kilku miesiącach, gdy jego ciało w pełni się zregeneruje. Toto chwalił się kogutem, który do tej pory wygrał aż 11 walk! Jest to jeden z lepszych kogutów w okolicy i taki czempion ma specjalne warunki bytowe, tzn. dużo czasu spędza w zagrodzie z kurami.

A wracając do Puerto Princesa to podobnie jak w przypadku pozostałych filipińskich miast – najlepiej jak najszybciej się z nich ewakuować. Filipiny już zawsze pozostaną w naszej pamięci jako kraj pięknych plaż i wprost okropnych miast.  No ale skoro już zdecydowaliśmy się zostać w Puerto Princesa przez 2 dni, to trzeba się było jakoś zorganizować. Na pierwszy ogień poszła farma krokodyli. Wejście kosztuje 40 PHP/os, i możliwe jest co 30 minut, bo czeka się na przewodnika.

Poza kilkunastoma zbiornikami z młodymi krokodylami, kilkoma większymi „wybiegami” dla dużych (ogromnych!) krokodyli i możliwością potrzymania w rękach i zrobienia sobie zdjęcia z małym krokodylkiem, nie ma tutaj za dużo rzeczy do robienia.

DSC04298

Co ciekawe, na terenie farmy znajduje się również restauracja, w której można zjeść krokodyle mięso! Nie próbowaliśmy, także nie wypowiadamy się o smaku.

Następną próbą ucieczki z zatłoczonego centrum była wyprawa na miejską plażę, żeby po raz ostatni zrelaksować się na pięknej plaży Palawanu. Niestety, nie tym razem. Nie dość że dojście zajęło nam w sumie godzinę, to okazało się, że wstęp na plażę jest płatny 30 PHP/os. Prawidłowa cena to 20 PHP, ale jak zawsze lokals chciał nas oszukać. Postanowiliśmy więc się zrewanżować i znaleźliśmy boczną ścieżkę, którą przedostaliśmy się za darmo. Po zobaczeniu jak wygląda plaża, ucieszyliśmy się z takiego obrotu sprawy, bo zapłacenie jakiejkolwiek sumy za pobyt na tej kupie błota, byłoby bez sensu.

DSC04315

Faktem jest to, że pogoda była kiepska, a poziom wody bardzo niski, przez co wyglądało to dość kiepsko. Jest to najgorsza plaża jaką widzieliśmy na wyspie i zdecydowanie nigdy byśmy tam nie wrócili.

Na pocieszenie poszliśmy do polecanej nam ze wszystkich stron restauracji Ka Lui. Ciekawi byliśmy czy te same pozytywne opinie się sprawdzą i musimy przyznać, że faktycznie było pysznie, a do tego przytulnie i komfortowo. To był nasz pierwszy pobyt podczas podróży w tak ekskluzywnej restauracji, cieszyliśmy się więc każdym jego momentem 🙂 Ostatecznie cena też nie była zła, bo 550 PHP czyli ok. 45zł. Ta restauracja to chyba jedyna rzecz, dla której warto znaleźć się w tym mieście 🙂

Niestety nasz pobyt na rajskiej wyspie szybko dobiegł końca i trzeba było wracać do Manili, gdzie na głównej wyspie mieliśmy czekać jeszcze kilka dni na lot na Borneo. Nie poszło jednak tak łatwo. Okazało się, że każdy kto wylatuje z lotniska w Puerto Princesa musi uiścić opłatę lotniskową. 200 PHP przy locie krajowym i 700 PHP przy locie międzynarodowym. Nie ma możliwości przejścia do hali odlotów bez uiszczenia opłaty. Kradzież w biały dzień, ale nikogo narzekania turystów tutaj nie obchodzą. Tym bardziej więc chcieliśmy już wsiąść do samolotu i polecieć do Manili skąd, planowaliśmy od razu wyjechać na południe Luzonu. Jednak tego dnia nie mieliśmy za dużo szczęścia. O tej porze roku na Filipinach powinno być ciepło i sucho. Sezon tajfunów kończy się na początku listopada, a tu niespodzianka. Przez Filipiny przeszedł duży tajfun. Nasz lot został opóźniony o 3 godziny. Dobrze, że w ogóle polecieliśmy, jednak nie było już mowy o dojechaniu tego dnia do naszego hosta w Batangas. A do tego w Manili powódź – na ulicach ok. 30 – 50 cm wody i cały czas lało! Wrażenie na nas zrobił widok dzieci kąpiących się na ulicy.

IMG_2733

Następnego dnia to samo i prognozy wcale nie pokazywały poprawy. W ten właśnie sposób zamiast ostatnie dni spędzić na wspinaniu się na wulkany na południu wyspy, siedzieliśmy praktycznie cały czas w domach naszych hostów. Przynajmniej do ludzi mieliśmy szczęście i pomimo okropnej pogody miło spędziliśmy te ostatnie dni. Coraz częściej myśleliśmy już o  Malezji i Borneo, o tym jak tam będzie, jacy będą ludzie, czy będzie nam smakować jedzenie i czy da się podróżować na stopa. A do tego naszą przygodę w tym kraju planowaliśmy rozpocząć 2-u tygodniowym pobytem w dżungli 🙂

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *