Podróżne Opowieści

Sagada i okolice

Sagada to niewielka miejscowość położona w górach, uwielbiana przez Filipińczyków z 2 powodów – nie jest tam tak gorąco jak w pozostałej części kraju oraz ze względu na całe mnóstwo ciekawych naturalnych miejsc do zobaczenia. Niestety ze względu na swoją popularność ciężko znaleźć tam tani nocleg. Po godzinie szukania zdecydowaliśmy się na Green Hostel w cenie 500 PHP/pokój (43zł). Niestety nic tańszego nie było. Zupełnie nie dało się też w żaden sposób namówić kogokolwiek do obniżenia ceny.
Kolejną przykrą niespodzianką na dzień dobry jest informacja, że do każdej atrakcji turystycznej niezbędne jest wynajęcie przewodnika. Postanowiliśmy jednak nie poddać się tak łatwo i spróbować na własną rękę.

Jedną z największych atrakcji Sagady są wiszące trumny. Mieszkańcy tego regionu uważają, że im wyżej tym bliżej Boga, dlatego starali się niegdyś zapewnić umarłym jak najkrótszą drogę do nieba. Podobno ceremoniał był dość drogi i stać na niego było tylko bogatych. Co ciekawe jak gdyby tego było mało to tuż obok trumien wiszą krzesła. Wierzono bowiem, że zanim dusza opuści miejsce pochówku, przez jakiś czas błąka się po Ziemi. Krzesło było po to, żeby mogła sobie odpocząć.

Wiszące w skale trumny.

Wiszące w skale trumny.

W pobliżu miasta jest kilka miejsc gdzie w litej skale wiszą prawdziwe trumny, a najbardziej spektakularne z nich znajduje się tylko 20 minut na pieszo od centrum miasta w dolinie Echo. Bardzo łatwo tam trafić samemu więc wynajmowanie przewodnika jest naprawdę zbędne. Trzeba tylko trochę się nagimnastykować, żeby nikt was nie zauważył. My poszliśmy z samego rana dzięki czemu udało się nam zrobić bez problemu cały trekking wzdłuż doliny z wiszącymi trumnami aż do małego wodospadu. Idealne miejsce na ochłodzenie się w upalne południe. Woda było cudowna – bardzo orzeźwiająca i krystalicznie czysta. Stąd jest już tylko 15-20 min marszem z powrotem do miasteczka, tylko że od innej strony.

Mały wodospad. Sagada

Mały wodospad. Sagada

Okolice Sagady oprócz wiszących trumien słyną także z wielu jaskiń. Najsłynniejsze z nich to Sumaguing Cave oraz The Burial Cave. Te dwie bardzo spektakularne jaskinie, połączone są ze sobą korytarzami podziemnymi, a całe przejście zajmuje minimum 3 godziny. Gdy jednak jest dużo osób, z powodu wąskich przejść tworzą się kolejki co może wydłużyć pobyt w jaskini nawet do 6 godzin. Od innych turystów dowiedzieliśmy się, że do Burial Cave można dojść bez przewodnika, jednak o schodzeniu do jej wnętrza lepiej zapomnieć – można się tam naprawdę porządnie zgubić. Postanowiliśmy więc tylko rozejrzeć się po okolicy. Po drodze do jaskini znów mija się wiszące trumny, tym razem widziane tylko z daleka. Z bliska można im się natomiast przyjrzeć w Burial Cave, której ogromne wejście całe wyłożone jest trumnami. Są one bardzo stare i dużo mniejsze od tych wiszących w skale, bo umarłych wkładano do nich w pozycji embrionalnej. Najbardziej zaskakujące jest jednak to, że niektóre zniszczone są do tego stopnia, że widać znajdujące się w środku szkielety ludzi. Kiedyś one także wisiały, jednak potężne trzęsienie ziemi zrzuciło je na ziemię, a mieszkańcy ułożyli je piętrami w wejściu do jaskini.

Trumny na wejściu do Burial Cave.

Trumny na wejściu do Burial Cave.

 

Pokręciliśmy się po okolicy sprawdzając na ile bylibyśmy w stanie samodzielnie przejść jaskinię, szybko okazało się to jednak zbyt ryzykowne. Gdy więc nadeszła grupa z lokalnym przewodnikiem, która chciała przejść podziemnymi korytarzami na drugą stronę do Sumaguing Cave, chętnie do nich dołączyliśmy (400 PHP/os). W tym momencie nawet sukienka Magdy nie stanowiła problemu. Już po 15 minutach marszu wąskimi korytarzami, przeciskaniem się przez małe otwory skalne, schodzeniu ostro w dół po linie i brodzeniu po pas w wodzie wiedzieliśmy że była to dobra decyzja. Zdecydowanie nie chcielibyśmy znaleźć się tam bez przewodnika.

DSC03877 DSC03918 Pomimo tego, że jesteśmy dość wysportowani to czasami było ciężko. Właściwie to bardziej okrutnie ślisko i stromo niż ciężko, ale adrenalina robiła swoje, a my w ogóle nie byliśmy na taką przygodę przygotowani. W końcu wyszliśmy tylko na spacer po okolicy 🙂 Ogrom jaskini naprawdę robi wrażenie, a do tego znajdują się w niej bardzo ciekawe formacje skalne.

Takie skałki w jaskini

Takie skałki w jaskini

Bliżej wyjścia przechodziliśmy przez olbrzymie groty w których pod sufitem było mnóstwo nietoperzy. Było je słychać, widać i niestety też czuć:) Cała trasa od jednej jaskini do drugiej zajęła nam nieco ponad 3 godzin i była to na prawdę świetna przygoda.
Zupełnie tego nie planowaliśmy, ale znów przekonaliśmy się, że spontaniczne rzeczy cieszą najbardziej 🙂

DSC03786

Miejscami woda sięgała do pasa, jednak po ulewnych deszczach może sięgać nawet do ramion. Sumaguing i Burial Cave.

Łapanie stopa po raz kolejny się nie powiodło więc następny dzień to 7 godzin w autobusie na trasie liczącej tylko 150 km! Sami do końca nie wiemy jak to jest możliwe, ale niestety autobus czasami ledwo jedzie, mało tego upchany jest do granic możliwości, a o stanie dróg lepiej nie wspominać.  Kolejnym naszym przystankiem na północnym Luzonie było Bagio. Słyszeliśmy wiele fajnych opinii na temat tego miasteczka, ale jakoś nie specjalnie nam się spodobało. Jedynym ciekawym miejscem jakie widzieliśmy w tym mieście jest Katedra, która stanowi centrum życia miasta. Wszyscy nie zależnie od wieku jak tylko mają trochę wolnego czasu to tu przychodzą. Chwilę posiedzą przed katedrą i sobie pogadają, wejdą do środka się pomodlić a potem uciekają dalej do swoich obowiązków. Prawie tak jak u nas Biedronka – mało kto przejdzie obojętnie:)

Katedra w Bagio. Jedyna ładna budowla w tym mieście

Katedra w Bagio. Jedyna ładna budowla w tym mieście.

W Bagio mieliśmy ugrany nocleg na CouchSurfingu u Amerykanina uczącego matematyki w pobliskiej międzynarodowej szkole. Matthew okazał się jedną z barwniejszych osób, które spotkaliśmy przez CS więc spędziliśmy razem bardzo fajny wieczór. A do tego dowiedzieliśmy się o ciekawym miejscu na kolejny dzień. Nie daleko od Bagio, na wybrzeżu jest San Juan – najlepsze miejsce w Luzon do … surfowania!

Udało się nam szybko dojechać do miasteczka i pierwszy raz mogliśmy cieszyć się filipińskim morzem 🙂 Woda była bardzo ciepła, a oprócz nas na plaży nikogo. Po takich górskich tułaczkach, wędrówkach w ciemnościach jaskiń, leżeliśmy sobie w oceanie i cieszyliśmy się jak dzieci 🙂

DSC03937

Wieczorem udało się nam rozłożyć namiot na plaży tuż obok jednej z lokalnych szkół surfowania, gdzie z samego rana uczyliśmy się surfować (200PHP/deska + 100 PHP instruktor). Nie ma się co rozpisywać, godzina z instruktorem to zdecydowanie za mało, ale jakieś tam małe postępy były:) Surfing nie jest łatwy, ale bardzo nam się spodobał i przy następnej okazji będziemy próbować dalej.

IMG_2482

San Juan jest najlepszym miejscem do surfowania w Luzonie.

Następnego dnia mięliśmy samolot z Manili do Puerto Princesa, musieliśmy więc jeszcze tego samego dnia znów przyjechać do tego nie lubianego przez nas miasta. Do tego niby tylko 250 km, a zajęło nam to cały dzień… Kolejny raz utwierdziliśmy się w przekonaniu, ze na stopa się tutaj nie da… a przynajmniej my nie mamy wystarczająco cierpliwości. 3 godziny łapania w pełnym słońcu a zatrzymywały się tylko auta które chciały nas podwieźć na … dworzec autobusowy 🙂 Żeby się nie potrzebnie nie denerwować skorzystaliśmy w końcu z jednej z tych ofert i pojechaliśmy na dworzec. Koniec końców do Manili dotarliśmy dopiero po północy. A gdy pożaliliśmy się naszej hostce z CS że autostop na Filipinach w ogóle nie działa, powiedziała nam że jeden z jej gości kiedyś bardzo się uparł że dojedzie te 250km z San Juan do Manili stopem. W rezultacie mu się udało, tyle tylko że zajęło mu to 3 dni! Choć autostop jest zdecydowanie naszą ulubioną formą podróżowania i bardzo nam go tutaj brakuje, to kiedy przyjemność zamienia się w mękę trzeba sobie po prostu odpuścić. Na szczęście kolejny dzień to lot na Palawan, a na tamtych plażach już nic nie ma znaczenia:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *