Podróżne Opowieści

Spotkanie oko w oko z koalą i innymi zwierzakami.

 

Koala.
Spotkanie oko w oko z dzikim koalą to chyba jedna z tych rzeczy jaka marzy się każdemu kto przyjeżdża do Australii. Chociaż słowo “dziki” aż nie pasuje do słowa “koala”, bo to przecież takie słodkie miśki 😉 Mają jednak bardzo ostre pazury, więc lepiej zachować bezpieczną odległość. Ale jakim cudem spotkaliśmy koale? Oczywiście zupełnie przypadkiem 🙂 Jedziemy stopem z Adelaidy do Melbourne. Mamy czas, więc zamiast jechać autostradą i pokonać ten odcinek w jeden dzień, jedziemy wybrzeżem, od wioski do wioski przez kilka dni. Kiedy w jednej z nich łapie nas noc, grzecznie pytami się właściciela małego domu z ogródkiem, czy możemy rozbić się namiotem na jego posesji. Bez problemu się zgadza i pokazuje nam wielkie drzewo, które już sami wcześniej upatrzyliśmy jako najlepsze miejsce pod namiot. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że w nocy i przed świtem coś wydaje bardzo dziwne dźwięki. Taka mieszanka świni i osła. Ciężki, gruby dźwięk. To musi być coś dużego. Tylko co? Dla bezpieczeństwa nie wychylamy się z namiotu. Samo przyszło, samo pójdzie. A gdy rano w końcu wstajemy, już nic nie widać. Dopiero gdy się skończyliśmy pakować, z drzewa ponad nami zaczyna się coś wyłaniać. Małe, szare włochate coś!! Przecież to nawet nie jest drzewo eukaliptusowe, tylko zwykła wierzba. Co tu robi koala?! Pomimo, że przed nami długa droga, a czas ucieka, nie możemy sobie odmówić pół godzinnego podziwiania tego uroczego zwierzaka. Koala był nas bardzo ciekawy, a my jego. A kiedy jeszcze okazuje się, że na drzewie obok siedzi sobie kolejny misiek, to już w ogóle zapominamy o tej długiej drodze jaka nas dzisiaj czeka 😉 

Więcej dzikich koali spotkaliśmy kilka dni wcześniej w Adelaide. Wybraliśmy się na spacer do parku Mariota, gdzie wszędzie dookoła na drzewach, jak gdyby nigdy nic, śpią sobie koale 🙂 Zastanawiamy się które zwierzaki podobają się nam bardziej – koale czy kangury? Trudna decyzja. Nie możemy się zdecydować, bo choć kangurów jest znacznie więcej, i dużo łatwiej je spotkać, to są absolutnie niesamowite <3

Kangury

Podróżując przez 3 miesiące po bezdrożach Australii spotkaliśmy dziesiątki, jak nie setki dzikich kangurów. Ale jedno z tych spotkań szczególnie zapadło mi w pamięci. Jesteśmy na outbacku w zachodniej Australii. Na noc zabrało nas do siebie małżeństwo, które mieszka na starej, byłej stacji bydła. 300 km od najbliższego małego miasteczka i Bóg tylko wie jak daleko do kolejnego. Jesteśmy daaaleko od cywilizacji. Bydła na stacji już od dawna nie ma, są za to poszukiwacze złota, którzy codziennie wytrwale go szukają. Dostajemy własny pokój i po prysznicu idę w busz podziwiać zachód słońca. Gdy jestem już dobre pół godziny na pieszo od budynków, widzę jego – podgryzającego trawę kangura. Powoli zaczynam się skradać, żeby zrobić lepsze zdjęcie. Gdy jestem w odległości 5m, zauważa mnie. Ale nie wygląda na przestraszonego. Zaczyna się powoli prostować i i naprężać swoje wcale niemałe mięśnie. Dopiero wtedy zauważam jaki jest ogromny. To samiec. Duży samiec, który wcale nie wygląda przyjaźnie. A do tego jest niemal mojego wzrostu. Stoję jak wryty. Nie wiem co robić. Wycofywać się? Czy lepiej się nie ruszać? Wielokrotnie słyszeliśmy o tym, jak samce potrafią być agresywne. Postanawiam się więc nie ruszać. Opuszczam wzrok na ziemię i czekam. W końcu kangur odpuszcza i rusza dużymi skokami w drugą stronę. Oddycham z ulgą i też wracam w swoją stronę. To spotkanie na długo zostanie w mojej pamięci.

Emu

Nasze pierwsze spotkanie z dzikim Emu w Australii jest dość zaskakujące. Jedziemy stopem z lokalnym kierowcą w Zachodniej Australii. Dookoła nas tylko busz w postaci krzaków. Absolutna pustka jak okiem sięgnąć. Nasz kierowca okazał się bardzo fajnym gościem, więc zajęci rozmową pędzimy przez pustą, idealnie prostą drogę. I wtedy naglę na ulice wybiega Emu. Przez ułamek sekundy strasznie się cieszymy jego widokiem – nasze pierwsze emu i to tak blisko! Po chwili jednak ekscytacja zamienia się w przerażenie. Zaraz w niego uderzymy! Jedną z zasad jeżdżenia pa outbacku jest zachowanie spokoju, gdy zwierze wskakuje pod koła. Nie należy ani gwałtownie hamować, ani skręcać. Bo wtedy można uderzyć w inne pędzące auto i spowodować dużo poważniejszy wypadek. Najbezpieczniej jest jechać prosto. Prosto w to biedne zwierze. Nasz kierowca zachowuje się niestety wzorowo. Tylko delikatnie zwalnia. Emu jest okrutnie szybkie. Przebiega centymetry przed naszą maską jak wiatr. Prawie mu się udaje. Prawie… Bo prawe światło uderza go w tylną chudą nóżkę. Oglądamy w lusterku jak zatrzymuje się w szoku na drugim pasie i kuśtyka. Przeżył, ale noga najprawdopodobniej jest złamana. Nie jesteśmy w stanie nic zrobić. Jedziemy dalej bez zatrzymania. Resztę drogi pokonujemy w ciszy, kontemplując nad losem, który czeka tego biednego zwierzaka.

Wielbłądy

Dużo słyszeliśmy w Australii o dzikich wielbłądach, których jest tak dużo, ze nawet eksportuje się je do krajów arabskich. Trochę się tym dziwimy, bo zjechaliśmy już sporo tego pięknego kraju, spędziliśmy wiele dni w buszu, a żadnego wielbłąda póki co nie widzieliśmy. Na szczęście do czasu 🙂

Wracamy stopem z Uluru z jednym z lokalnych przewodników. Przesympatyczna młoda dziewczyna, opowiada nam o kulturze aborygenów i znaczeniu dla nich tej dużej czerwonej skały, gdy nagle ok 20 m od drogi zauważamy 4 wielbłądy!! Od razu zjeżdżamy na pobocze. W pobliżu pasą się również krowy i jedna z nich najwyraźniej nie jest zachwycona towarzystwem tych dziwnie wyglądających ssaków z innego gatunku, bo przegania je mocnym ryczeniem. Zdziwione wielbłądy zatrzymują się tylko na chwilę, żeby na nas spojrzeć, po czym zaczynają uciekać przed krową 🙂

Parę minut później, naszą drogę przekracza ogromny wąż. No w końcu! Jesteśmy tutaj już od 1,5 miesiąca, a nadal żadnego nie widzieliśmy. Najwyższy czas 😉 Siedzimy bezpieczni w samochodzie i patrzymy w oddali jak sprawnie przemyka przez jezdnie. W Azji widzieliśmy całe mnóstwo węży, ale nigdy jeszcze tak ogromnego.

Wombaty

Wombat to taki mały, włochaty, grubiutki mis 🙂 Bardzo przyjemne zwierzątko. Pierwszego wombata zobaczyliśmy w centrum rehabilitacji w Perth, mogliśmy go nawet dotknąć, ale to nie to samo. Bardzo chcieliśmy zobaczyć go w jego naturalnym środowisko. Na tą okazję musieliśmy jednak trochę poczekać. I polecieć aż na Tasmanię 🙂 Jesteśmy na trekkingu pod Cradle Mountain. Już go kończymy. Została nam do przejścia ostatnia dolina, a w sumie to bardziej pole. Słyszeliśmy, że w okolicy tej góry można spotkać te urocze zwierzaki, ale niestety żadnego nie udało się nam zobaczyć. Wypatrywaliśmy ich przez cały czas, a teraz zrezygnowani idziemy przed siebie. Z tego wszystkiego zapominamy, że to pole nazywa się Wombat Pool. Aż nagle, w oddali widzimy grupkę ludzi, która się zatrzymała i z ekscytacją robi zdjęcia. Szybko do nich podbiegamy. To wombat! Ludzie odchodzą, my zostajemy. Po chwili widzimy kolejnego miśka. I znów kolejnego. To pole jest naszpikowane wombatami! Podekscytowani najpierw robimy im zdjęcia, a potem już tylko cieszymy się ich obecnością. Dopiero przy 20 jesteśmy w stanie przejść bez zatrzymywania się. Co to dużo mówić – tego dnia jesteśmy przeszczęśliwi 😉

Nie udało się nam co prawda na Tasmanii zobaczyć diabła tasmańskiego, ale wombaty nas zdecydowanie usatysfakcjonowały 🙂

Oprócz tego w Australii udało się spotkaliśmy również kilkakrotnie kolczatkę (w WA i na Tasmanii), najmniejsze na świecie pingwiny (w Melbourne i na Tasmanii), pelikany (w wielu miejscach), czarne łabędzie i przeróżne inne homogeniczne ptaki. Nie udało się nam jednak w naturalnym środowisku spotkać dziobaka, diabła tasmańskiego ani dingo. Widzieliśmy je za to w Wild Life Center w Perth.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *