Podróżne Opowieści

Trekking pod Everest.

Ten post opisuje nasze wrażenia i wspomnienia z trekingu pod Everest Base Camp. Nie zawiera prawie żadnych informacji praktycznych. Jest w nim za to dużo zdjęć i opis naszego trekingu pod Everest dzień po dniu. Post z informacjami praktycznymi dostępny jest tutaj.

Oboje bardzo lubimy góry i od zawsze jednym z naszych największych marzeń było zobaczenie na własne oczy najwyższej góry świata, czyli Mt. Everest (8848m n.p.m.). Podroż po Azji była do tego idealną okazją, ale dotychczas nie było nam tu po drodze. Jednak opuszczając Tajwan, zadbaliśmy o to, żeby tym razem Nepalu nie ominąć 🙂 Było tylko jedno „ale” – czy trafimy z pogodą. Ponoć najlepsza pora na treking w Himalajach to październik – listopad oraz kwiecień – maj. My nie mieliśmy zbyt dużej możliwości wyboru terminu, pozostało nam więc mieć nadzieję, że w połowie września będzie ok. I było, tak mniej więcej. Można by narzekać, że nie zawsze cieszyliśmy się pięknym niebieskim niebem, że nie widzieliśmy tych ośnieżonych szczytów cały czas, że często po południu była mgła, że czasami padało, ale koniec końców Słońca też było dużo i co najważniejsze udało się spełnić nasze marzenie – zobaczyliśmy Mt Everest na własne oczy i cały czas jesteśmy pod wielkim wrażeniem jego majestatu, zresztą nie tylko jego, bo udało się nam zobaczyć w trakcie tego trekingu jeszcze 3 inne ośmiotysięczniki.

Przygotowania do wyprawy zaczęliśmy w Katmandu. W przeciągu jednego dnia wyrobiliśmy bez problemu potrzebne pozwolenia i uzupełniliśmy braki w sprzęcie outdoorowym. Choć posiadamy w Polsce wszystko co potrzebne do takiego wysokogórskiego trekingu, to przy sobie mieliśmy tylko lekkie buty do chodzenia po górach (zdecydowani nie wysokich) i primalofty, a do tego podstawową odzież. Znajomy zdołał przywieść nam z Polski okulary lodowcowe i ciepłe rękawice. To by było na tyle z technicznego sprzętu. Ale to nie jest problem, bo w Kathmandu można dostać dosłownie wszystko. Z jakością bywa różnie, ale to już zależy od naszego wyboru. Więcej informacji o tym co warto ze sobą zabrać na taki trekking, napisaliśmy tutaj (dostępne już wkrótce). Po mocno przechodzonym dniu w Kathmandu, zostawieniu sporej ilości gotówki w sklepach zarówno outdoorowych i nieprzespanej nocy, o 4’20 rano ruszyliśmy na dworzec, żeby wsiąść do jeepa (1400 rupii/os) jadącego do Phaplu. Resztę drogi do Everest Base Camp (EBC), czyli brakujące 90km, będziemy musieli pokonać na pieszo. Czemu jechaliśmy jeepem? Bo stan dróg jest tak zły, że to jeepy zastępują autobusy, choć jak się później dowiedzieliśmy, te też czasami kursują (1000 rupii/os). O Nepalskich drogach nie mamy nic pozytywnego do powiedzenia… Dużo się najeździliśmy po Azji, ale aż tak źle to jeszcze nigdy nigdzie nie było.

Z tak dużą ilością zakrętów i dziur nie poradził sobie nawet specjalnie trzymany na tą okazję Aviomarin. To, że Magda ledwo się trzymała to norma w tego typu sytuacjach, ale Łukasza z siateczką przy buzi nie często się widuje 🙂 Jedynym plusem tej drogi były widoki. Jednak o ile przed wyjazdem byliśmy naładowani pozytywną energia i świetnym samopoczuciem to po 10 godzinach drogi chcieliśmy już tylko obudzić się z tego koszmaru. W końcu ok 17.00 dojechaliśmy na miejsce, przerażeni, że będziemy musieli tą podróż odbyć za kilkanaście dni jeszcze raz, tym razem w drugą stronę. Ale póki co postanowiliśmy o tym nie myśleć. Phaplu to mała, zupełnie nieciekawa wioska, więc po kolacji poszliśmy wcześnie spać, żeby skoro świt ruszyć pełni sił w kierunku marzeń 🙂

Przyjeżdżając do Phaplu, skazaliśmy się na dodatkowe 3 dni marszu (60km) przez góry i małe wioski, zanim w ogóle doszliśmy do tego „prawidłowego” szlaku prowadzącego do EBC. Czyli tego który prowadzi z Lukli, gdzie każdy szanujący się turysta przylatuje samolotem i przy okazji zostawia 165 USD za bilet w jedna stronę. My uznaliśmy to za zbędny wydatek, a ten dodatkowy trzydniowy trekking jako idealną rozgrzewkę. Już drugiego dnia żałowaliśmy tej decyzji 🙂

O ile pierwszy dzień (Phaplu – Nanthulo, 19 km) minął nam szybko i przyjemnie, o tyle drugi dzień (Nanthulo – Kharte, 13 km) to istny horror. To był jedyny dzień, w którym nie wykonaliśmy wcześniej założonego planu. Najpierw zejście z wysokości 2500m n.p.m. do doliny rzecznej na 1500m n.p.m. a później góra dól 3 razy, aż do 3060m n.pm. Poziom nastawienia bojowego w trakcie tego dnia malał z każdym krokiem. A do tego Magda miała już drugi dzień biegunkę, która sił jej raczej nie dodawała. To był zdecydowanie najmniej przyjemny dzień, szczególnie że nasze ciała dopiero przyzwyczajały się do ogromu wysiłku. Szybko stwierdzimy, że jest to najtrudniejszy treking w naszym życiu i pewnie przy okazji też najcięższy (dosłownie), ze względu na plecaki, które dźwigaliśmy na plecach. Ale wynajmowanie kogoś do noszenia bagażu za nas, wydało się nam dość dziwne, bo skoro po wszystkich innych górach nosimy nasze plecaki sami, to czemu tym razem miało by być inaczej. Przewodnik też jest niepotrzebny, bo szlak choć nieoznakowany, to w 100% oczywisty. Poza tym dokładnie widoczny na mapie offline maps.me, więc nie da się zgubić. Jednak wiele osób wynajmuje zarówno przewodnika jak i porterów do noszenia bagażu i chwała im za to, bo dzięki nim lokalni ludzie mają pracę. O cenach i warunkach posiadania przewodnika i portera napisaliśmy więcej tutaj.

Trzeci dzien (Kharte – Chutawa, 18 km) choć nadal ciężki, to już znacznie przyjemniejszy. Tego dnia po południu, weszliśmy na prawidłowy szlak, czyli ten prowadzący z Lukli. Od razu znacznie zwiększyła się ilość turystów. O ile na trasie Phaplu-Lukla byliśmy tylko my i 2 inne osoby, tak od tego momentu turystów mijaliśmy na każdym kroku, na zamianę z porterami, jakami i końmi noszącymi produkty spożywcze od wioski do wioski. Zaczęło być kolorowo 🙂 I co najważniejsze już bliżej niż dalej do naszego celu 🙂 Mijani sherpowie, którzy nosili produkty spożywcze do sklepów i guesthousów zupełnie nas rozbrajali… niektórzy z nich dźwigali ponad 100 kg ! Czapki z głów dla tych panów. 

Czwart dzień (Chutawa – Namche Bazar – Phunki Thanga, 19 km) to ten, na który czekaliśmy z niecierpliwością od samego początku. Wstępny plan trekingu zakładał, że w największej miejscowości na trasie, czyli Namcze Bazar, zrobimy sobie pół dnia przerwy. Kiedy tutaj dotarliśmy, mieliśmy za sobą już 60km marszu. Namcze Bazar nazywane jest stolicą ludzi gór, czyli szerpow. Spodziewaliśmy się więc czegoś specjalnego i oryginalnego od tego miejsca. Niestety… do miasta weszliśmy ok 12.00, a o 14.00 już z niego wychodziliśmy. Poza sklepami, restauracjami, hotelami, guesthousami i innymi turystyczno – komercyjnymi budynkami, nie ma tutaj nic … Magia tego miejsca najwyraźniej zginęła pod natłokiem turystów. Trochę się rozczarowaliśmy. Szkoda nam było tracić czasu na „nepalskie Mielno”, więc po wizycie w kawiarni, wypiciu pysznej kawy, zjedzeniu świeżo upieczonego ciacha i skorzystaniu z pierwszego i ostatniego darmowego internetu na trasie, ruszyliśmy dalej przed siebie. Postanowiliśmy iść tak długo ile damy radę, więc w efekcie szliśmy aż do zapadnięcia zmroku. Jednym z naszych ulubionych momentów w całodniowym marszu jest… jego koniec i czekająca kolacja 🙂 Kiedy można w końcu zdjąć plecak, a na stole czeka gorący posiłek. Tego dnia Łukasz cieszył się najlepszym Dhal Bathem jaki jadł w Nepalu. Ja z powodu rozwolnienia, od drugiego dnia trekingu jadłam na kolację tylko i wyłącznie gotowane ziemniaki. Czymś tak podstawowym ciężko się zatruć, więc z każdym dniem mój żołądek wracał coraz bardziej do zdrowia. Marzyło mi się jednak już zjedzenie czegoś bardziej urozmaiconego, więc bardzo się ucieszyłam, kiedy do gotowanych ziemniaczków podano mi żółty ser z Naka (Nak to żeński odpowiednik Jaka). Ten ser jest tak pyszny, że od tego momentu, zamawialiśmy go dodatkowo do absolutnie każdego posiłku. A w drodze powrotnej, gdy znaleźliśmy miejsce jego produkcji, kupiliśmy pół kilo 😀

Piąty dzień (Phunki Thanga – Pheriche, 12km) Z każdym krokiem już coraz bliżej. Do wymarzonego Everestu zostało już tak niewiele, że nogi same nas niosły. Zaczęło się też robić coraz zimniej, a krajobraz coraz bardziej surowy. Ścieżka nie prowadziła już góra – dół, a systematycznie do góry. Skończyła się zabawa, a zaczęły konkrety 🙂 Pheriche znajduje się na wysokości 4250m n.p.m. Zaczęliśmy więc robić aklimatyzację. Jako że tego dnia zrobiliśmy ponad 1000m przewyższenia, po dotarciu do Pheriche, wdrapaliśmy się na pobliski szczyt i posiedzieliśmy na nim godzinkę, zgodnie z zasadą aklimatyzacji – wchodzić wyżej, spać niżej. Nasz dzienny rytuał trekingowy od początku wyglądał tak: ok 5.30 pobudka, poranna toaleta, pakowanie, śniadanko z własnego palnika i najpóźniej o 7.00 ruszamy w trasę. Marsz z krótkimi przerwami kończyliśmy zazwyczaj ok. 16. Jednak od tego momentu zaczęliśmy mieć delikatne problemy ze snem. Budziliśmy się w środku nocy z przyśpieszonym oddechem i problemem z ponownym zaśnięciem. Noce spędzaliśmy w kilku warstwach, tzn. w naszych poszewkach, śpiworach i dodatkowych kocach dostępnych w guesthousach. Mieliśmy wynajęty na czas trekingu jeden ciepły śpiwór (50 rupii/dobę), z którego korzystała Magda, a Łukasz miał za to dla siebie nasze 2 cienkie śpiwory. W takim zestawie nigdy nie było nam zimno. Na trasie, czy to latem czy zimą, pokoje nie są w żaden sposób ogrzewane. Dostępne są tylko prysznice z ciepłą wodą, jednak za dodatkową opłatą i to całkiem sporą – im wyżej tym drożej, średnio ok. 15zł. My na czas trekingu z gorącego prysznica postanowiliśmy zrezygnować i zadowalaliśmy się szybkim myciem zimną wodą, albo kąpielą w mijanej rzece 🙂 W Pheriche po raz pierwszy udało się nam trafić na sytuację o której tyle razy słyszeliśmy, czyli darmowy pokój, pod warunkiem że wszystkie posiłki zjemy w danym guesthousie. Ogólnie podczas 13 dni w trasie, zdarzyło się nam to 3 razy. W pozostałych miejscach ceny za pokój tak czy inaczej były tak małe, że bliskie zeru. Przeważnie 100-300 rupii czyli 3,5-10,5zł za pokój 🙂 Właściciele guesthousów nadrabiali za to cenami za posiłki, które już swoje kosztowały. W zależności oczywiście co się zamawiało i gdzie, ale takie podstawowe jedzenie 400-750 rupii (22-42zł).

Szósty dzień (Pheriche – Gorak Shep, 12km) Powód dla którego każdego dnia ruszaliśmy wcześnie z samego rana to brak chmur i mgły o tej porze dnia. Pierwsze 2-3 godziny marszu, to czas w którym mogliśmy cieszyć się dobrą widocznością i pięknymi widokami. Wszędzie dookoła ośnieżone szczyty, cisza i spokój. Zapatrzeni w krajobrazy, nawet nie zauważyliśmy jak po wyjściu z Pheriche pokonaliśmy dwa solidne podejścia. Tutaj jednak wysokość robi swoje. O ile na początku trekingu staraliśmy się iść mocnym, równym tempem, tak teraz pod górę wlekliśmy nogę za nogą. Przejście tych 12km zajęło nam 9 godzin. Tego dnia pobiliśmy też nasz dotychczasowy rekord wysokości 🙂 Gorak Shep leży na wysokości 5 150m n.m.p., a dotychczas najwyżej położonym punktem na jakim byliśmy była góra Kazbek w Gruzji (5050m n.p.m.). Choroba wysokościowa była dla nas łaskawa, ale dawała coraz mocniej o sobie znać. Jednak oprócz bólu głowy, przyśpieszonego, nierównego oddechu, poczucia zmęczenia i niewielkich problemów ze spaniem nic poważnego nam nie dolegało. Kiedy doszliśmy do Gorak Shep (ostatniej, najwyżej położonej wioski) byliśmy jednak tak zmęczeni, że nie mieliśmy ani ochoty, ani siły na robienie aklimatyzacji. Odbiło się to na nas następnego dnia. 

Dzień siódmy (Kala Patthar i Base Camp) To dzień, który był celem całej naszej wyprawy do Nepalu. Chwilę po przebudzeniu w okrutnie zimnym pokoju, pierwsza rzecz jaką zrobiliśmy było sprawdzenie przez okno nieba – super, widać gwiazdy, będzie ekstra 🙂 15 min i byliśmy gotowi do wyjścia. O 4.30 wyruszyliśmy na górę Kala Patthar (5 600m n.p.m.). To na jej szczycie znajduje się najlepszy punkt widokowy na Mount Everest, na który planowaliśmy dotrzeć na wschód słońca. Chcieliśmy być na jej szczycie o 5’30, ale nie spodziewaliśmy się, że ta góra tak nas sponiewiera 🙂 Pod górę szliśmy chyba wolniej niż staliśmy. Male kroczki i liczymy 1 2 3 4 5 i tak do 20 a następnie przerwa i znowu 1 2 3 … Najgorsze podejście jakie kiedykolwiek zrobiliśmy. A to wszystko dlatego, że dzień wcześniej nie zrobiliśmy aklimatyzacji. Czułam, jak z każdym krokiem do góry, ciśnienie wciska mi głowę w ziemie. Gdzieś mniej więcej w połowie trasy wybiła 5’30. Na szczęście póki co pogoda była super – pierwszy raz ujrzeliśmy Everest – ciemne szczyty a dookoła nich gra kolorów wschodzącego słońca na długo pozostanie w naszej pamięci Widok na Everest towarzyszył nam od tego momentu już cały czas. W końcu po ponad 2 h walki o każdy krok, doszliśmy na szczyt Kala Patar. 5600 m n.p.m. osiągnięte. Niestety wtedy już gęsta mgła zasłoniła wszystko. Liczyliśmy się z tym, że na dobrą widoczność będziemy musieli trochę poczekać, więc zabraliśmy ze sobą zapas ciepłych ciuchów i nawet śpiwór do okrycia się. Bo nie po to przez ostatni tydzień wyciskaliśmy z siebie ostanie poty, żeby tutaj dojść, zrobić sobie zdjęcie z mgłą i po 5 minutach zejść na dół. Spędziliśmy na szczycie w sumie prawie 3 godziny, mając to miejsce tylko i wyłącznie dla nas. To był magiczny czas. Kilkakrotnie, na kilka minut mgła rozchodziła się i mogliśmy cieszyć się najpiękniejszym widokiem jaki kiedykolwiek widzieliśmy. Największa góra na świecie na wprost nas. To jedna z tych chwil, która zostaje w pamięci do końca życia.

Z powrotem w naszym pokoju byliśmy dopiero ok. 11.00. Po zasłużonym śniadaniu i drzemce mieliśmy wybrać się bazy pod Everestem. Niestety pogoda miała dla nas inne plany. W południe zaczęło padać. Widoczność zerowa. Ja nadal mocno zmęczona porannym podejściem, postanowiłam nigdzie się już nie ruszać. Pod bazę wypadową na Everest Łukasz poszedł więc sam. Chociaż „pod bazę” to dużo powiedziane. W tym czasie nie było żadnej ekspedycji na Everest, w związku z czym baza była zupełnie pusta i niczym nie różniła się od otaczającego ją terenu. A do tego wszystkie grupy z turystami kończyły treking ok. 1,3 km od prawdziwego jej miejsca, tam sobie robiły zdjęcia kupki kamieni na tle pustego pola, bo ze względu na mgłę i deszcz, Everestu i tak nie było widać, po czym wracały. Łukasz próbował dojść do miejsca gdzie Base Camp naprawdę leży, jednak po kilkudziesięciu minutach błądzenia na lodowcu odpuścił. No nic, następnym razem będziemy musieli wybrać się do Nepalu w trakcie sezonu, gdy Base Camp będzie czynny. Tym razem widok ze szczytu Kala Pathar musi nam wystarczyć 🙂

5 odpowiedzi do artykułu “Trekking pod Everest.

  1. Asia

    Gratulujemy!!! Piękne zdjęcia 🙂 Może następnym razem, razem pójdziemy? 😀 Choć te Nepalskie drogi skutecznie nas zniechęcają. Ściskamy!

  2. Irena

    Wspaniala przygoda, ale tylko dla wytrwalych!!! Czytalam wasze opwiesci z duzym zainteresowaniem, Jak zawsze😀. Gratuluje waszej wytrwalosci! Piekne zdjecia! Pozdrowienia.

    1. Admin Autor

      Dziękujemy Pani Ireno 🙂 Każdy w miarę sprawny da rade taki trekking zrobić, tylko zajmie mu to trochę więcej czasu 🙂 Polecamy 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *