Podróżne Opowieści

W drodze do Guilin

Mając już przedłużoną wizę, mogliśmy kontynuować poznawanie Chin. Tym razem chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej typowego chińskiego życia na prowincji. W przewodniku przeczytaliśmy o ciekawym i nie odkrytym jeszcze przez zachodnich turystów miejscu na północy Gouizhou na granicy z Syczuanem. To rejony wypełnione tropikalnymi bambusowymi lasami, tysiącami wodospadów, wąwozami i dolinami. Za naszą bazę wypadową wybraliśmy miasto Chishui, do którego planowaliśmy dojechać z Kunming spokojnie w 2 dni. Nie sądziliśmy jednak, że brak turystów będzie oznaczał brak dróg. Zamiast 2 dni wyszły nam z tego 3 dni jazdy stopem od rana do wieczora.
W Chishui zatrzymaliśmy się na 2 noce, żeby móc na spokojnie zwiedzić okolicę i odpocząć po tej niefortunnej przeprawie górskimi drogami. Szybko zorientowaliśmy się, że biali w tych rejonach to faktycznie rzadkość. Reakcje chińczyków były zaskakujące – od wypadania pałeczek z rąk na nasz widok, po wybieganie na ulicę wszystkich pracowników ze sklepów 🙂 O dziwo nalezienie taniego noclegu wcale  nie przyszło nam tutaj łatwo, ale ostatecznie się udało. Bardzo duży i czysty pokój z łazienką w cenie 60 RMB zdecydowanie nas usatysfakcjonował. Gorzej poszło z kolacją… Z jedzeniem w Chinach bywa różnie. Czasami pikantne do tego stopnia że nie da się zjeść, czasami tak dziwne, że aż strach jeść, a już w zupełnej normie jest opychanie się makaronem zalanym odrobiną bulionu z 3 kawałeczkami mięsa. Ale ogólnie wszystko póki co było mniej lub bardziej jadalne a niektóre potrawy wręcz niesamowicie dobre. Tym razem jednak trafiliśmy na coś, na co zdecydowanie nie byliśmy gotowi… Tego dnia mieliśmy ochotę na ryż. W prowincjach w których podróżowaliśmy przez ostatnie 2 tygodnie  bardzo często można zamówić ryż i samemu dobierać do niego różne dodatki, jakieś mięso, warzywa, na co człowiek ma ochotę. Niestety nie mogliśmy znaleźć knajpki gdzie były obrazki, a próby pokazywania na składniki w lodówce i tłumaczenia kucharzom co byśmy chcieli, zupełnie w tym mieście  nie wypaliły. Nie zostało więc nam nic innego, jak pokazanie na danie który zamówił właśnie jakiś lokals. Padło akurat na naszą ulubioną zieleninę plus ogromny talerz z mięsem. Zapowiadało się więc dobrze. Warzywka jak zawsze pierwsza klasa, jednak danie  z mięsem okazało się talerzem z tłuszczem w dziwnym sosie – śmierdziało strasznie a smakowało jeszcze gorzej. Jeść się tego nie dało więc gdy na stole obok zobaczyliśmy talerz przypominający pierś z kurczaka z warzywami, postanowiliśmy naprawić nasz błąd i zamówić normalne jedzenie. Gdy przyszedł nasz talerz ratunkowy okazało się, że wpadliśmy z deszczu pod rynnę. Nasza wymarzona pierś z kurczaka okazała się niczym innym jak jeszcze gorszym rodzajem tłuszczu. Masakra to mało powiedziane. Ja (Łukasz) generalnie mogę zjeść wszystko, bo jak coś mi nie smakuje to jem i już, żeby tylko nie być głodnym. Ale te potrawy powodowały odruch wymiotny już przez sam ich zapach, nie wspominając nawet o smaku. Było nam bardzo przykro że wydaliśmy tyle pieniędzy a skończyło się na tym że musieliśmy się zadowolić suchym ryżem. Co ciekawe lokalsi zajadali się tymi specjałami z widocznym zadowoleniem, a kucharka nie mogła pojąć jak nam to może nie smakować…

DSC03060

DSC03059

Następnego dnia wybraliśmy się stopem do Sidongogu – parku narodowego z licznymi wodospadami ukrytymi w bambusowym lesie tropikalnym. W Lonely Planet pisało że bilet wstępu wynosi 30 RMB. Dość mocno się więc zdziwiliśmy gdy na miejscu okazało się że 85 RMB/os! Zdecydowanie nie mieliśmy zamiaru tyle płacić, jednak skoro jechaliśmy tutaj przez 3 dni to szkoda byłoby nie wejść. Szybki narada i ruszamy w kierunku bramy wejściowej z nadzieję znalezienia jakiegoś bocznego nielegalnego wejścia. Dość szybko znaleźliśmy małe schodki prowadzące w las bardzo blisko oficjalnego wejścia do parku. Chwila moment i już byliśmy na leśnej ścieżce, która po ok. 10 min marszu połączyła się z oficjalnym szlakiem turystycznym w Parku. Udało się 🙂 Teraz mogliśmy zamienić się w zwykłych turystów. Główną atrakcją tego parku, oprócz prehistorycznej roślinności którą niegdyś żywiły się dinozaury, jest płynąca w dolinie rzeka, która na swoim przebiegu co chwile tworzy wodospady, różne katarakty i bardzo ładnie się przy tym prezentuje na całej swojej długości. Po ok. 4 km od wejścia głównego znajduje się największa atrakcja czyli 60 m wodospad.

DSC03163

DSC03083

Coś jednak nie dawało nam spokoju w tym miejscu – bardzo mało turystów. O ile w innych atrakcjach turystycznych do których udało nam się wślizgnąć nie obawialiśmy się niczego, bo w końcu byliśmy jednymi z tysięcy zwiedzających i nie jedynymi białymi. Tutaj jednak było inaczej. W parku spotkaliśmy tylko kilkanaście chińskich turystów i ani jednego białego. Z jednej strony bardzo komfortowa sytuacja, bo cisza i spokój zdecydowanie są lepsze od przepychania się, jednak 2 białych w niewielkiej ilości zwiedzających mogła zostać szybko zauważona, szczególnie że wszędzie było pełno kamer. A już punktem kulminacyjnym naszych obaw było zobaczenie 3 policjantów idących wprost na nas! Nie wiedzieliśmy czy zacząć uciekać ścieżką w tył, rzucić się w gęsty las z prawej czy do rzeki z lewej, a może z zimną krwią zmierzyć się z naszym losem. Wybraliśmy opcję czwartą i na wstrzymanych oddechach przeszliśmy obok nich sympatycznie się uśmiechając. Oj duża była nasza ulga gdy okazało się że nie są nami zainteresowani 🙂 Z parku wyszliśmy tą samą drogą którą weszliśmy i dopiero na zewnątrz odetchnęliśmy z ulgą.

DSC03104

Po powrocie stopem do miasta, trafiliśmy na mały placyk który chwilowo zamienił się w kasyno 70+. Pełno stoliczków do gry za kasę w karty i mahjonga. Podczas gdy jedni grali, inni śpiewali i tańczyli. Niezła impreza, tym bardziej że średnia wieku to jakieś 75 lat. Ale ogólnie bardzo sympatycznie. Usiedliśmy na ławce z zaciekawieniem przypatrując się jednej z  karcianych rozgrywek, nie minęło jednak 5 minut gdy staliśmy się centrum zainteresowania. Otoczeni przez  kilkadziesiąt osób zadających nam pytania jeden przez drugiego, recytowaliśmy po chińsku wszystko czego zdążyliśmy się przez nasze 2 miesiące podróży nauczyć 🙂 Oczywiście szybko został nam wciśnięty mikrofon i pomimo naszego kompletnego antytalentu piosenkarskiego przyszło nam śpiewać polskie hiciory, a i od tańca nie udało się nam wymigać. Śmiechu było co nie miara 🙂

DSC03190DSC03192

 

Nasz wypad w tą część prowincji Gouizho zaliczamy do bardzo udanych. Zawsze spotykaliśmy się z dużą sympatią i zaciekawieniem pod naszym adresem. Gdy łapaliśmy stopa do parku będąc w mieście, pan który się zatrzymał bez wahania podwiózł nas te 20 km do celu, choć zupełnie nie było to mu po drodze.

Z rana jak najszybciej wydostaliśmy się z miasta i kolejnym celem naszej podróży było miasta Guilin, w którym mieliśmy ugrany już nocleg na CouchSurfingu. Spodziewaliśmy się dotrzeć tam w 1-2dni. Jednak już podczas pierwszego stopa wiedzieliśmy że się to nie uda:) Z autostrady zabrało nas 2 chińczyków, którzy minęli nas dwukrotnie dzień wczesnej w parku. Stwierdzili że spotykają nas już po raz 3 i tym razem chcą z nami pogadać:) Panowie tego dnia wraz ze swoimi znajomymi zabrali nas na super obiad, oprowadzili po mieście i pomogli znaleźć tani hotel w miejscowości Zunyi oddalonej od Guilin o ok. 550 km. Tego dnia nie przejechaliśmy więc zbyt dużo, ale za to miło spędziliśmy z nimi czas. Wieczorem jednak wydarzyło się coś dziwnego… graliśmy sobie w karty w naszym pokoju gdy nagle do drzwi zaczęła dobijać się policja. Niestety w Chinach tylko nieliczne hotele posiadają odpowiednią licencję do przyjmowania obcokrajowców i zdecydowanie nie należą one do tych najtańszych. Często zdarzało się więc  że odmawiano nam noclegu w jakimś hotelu, z powodu nie posiadania chińskiego dowodu tożsamości. Mimo to zawsze w końcu udawało się nam znaleźć tani hotel tylko dla chińczyków, w którym jednak niezbyt się tym przejmowano. Wydawało się nam, że tym razem też tak jest, ale na widok policji w drzwiach naszego pokoju, zrozumieliśmy że tym razem się nam nie udało.

Na szczęście trafiliśmy na bardzo miłych policjantów, którzy po upewnieniu się że jesteśmy bezpieczni i po zadaniu wielu pytań pozwolili nam zostać tam gdzie jesteśmy. Co więcej, obiecali pomoc rano w łapaniu stopa 🙂 Byliśmy ciekawi czy tak tylko gadają, czy rzeczywiście nam pomogą. Trochę się więc zdziwiliśmy gdy pojawili się w hotelu już o 8.00 kiedy my dopiero zaczęliśmy wstawać.  Zaprosili nas do radiowozu i zabrali na lokalny posterunek by  wszyscy pracownicy mogli sobie zrobić z nami zdjęcie:) Chwilę po tym byliśmy już na autostradzie a po 5 minutach siedzieliśmy w zatrzymanym przez policję autobusie, który za darmo zawiózł nas do oddalonego o  ok. 200km miasta 😀

IMG_1971

Do Guilin zostało nam więc już naprawdę nie niewiele. Gdy z kolejnym kierowcom minęliśmy znak „Guilin 230km” bardzo się ciesząc że za jakieś 3-4 godziny będziemy u celu, nagle autostrada się skończyła… Gorzej – po prostu ją zamknięto, nie zapewniając żadnego objazdu (później dowiedzieliśmy się że zamknięta jest już od ponad 2 lat!) Nie pozostało nam więc nic innego jak zjechać w bok do miasta Lipping, z którego według zapewnień naszego kierowcy powinno być tylko 4 godziny do Guilin. Nie wspominali jednak nic o tym, że droga prowadząca do tego pobliskiego miasta to 60km udręki po dziurach i niekończących się zakrętach, które zajęło nam prawie 3 godziny. Dojechaliśmy już po zmroku i to ledwo żywi. A do naszego celu nadal daleko. Musieliśmy więc zostać tu na noc. Jedynym plusem tej sytuacji były mijane po drodze prawdziwe, nie dotknięte przez rozwój cywilizacji wioski. Bez prądu, w drewnianych budynkach, ludzie żyli sobie z dnia na dzień, zapomniani przez świat.

W miasteczku jak zawsze znaleźliśmy jakiś tani nocleg dla lokalsów i po kolacji zaczęliśmy szykować się do snu. A tu niespodzianka – znów policja w naszych drzwiach. Tym razem nie byli tak mili i niezależnie od naszej woli przetransportowali nas do najdroższego hotelu w mieście, który jako jedyny miał odpowiednią licencję. Byliśmy na nich wkurzeni, bo znalezienie taniego noclegu i dogadanie się z właścicielem naprawdę nie jest łatwe, a oni zniweczyli cały nasz wysiłek. Na szczęście utargowali konkretną zniżkę, dzięki czemu choć zapłaciliśmy 24zł więcej niż w poprzednim hotelu, to jednak warunki były niewyobrażalnie lepsze. Zresztą nie miało to znaczenia, bo my nie mieliśmy żadnego wyboru. Nasze prośby i tłumaczenia o podróżowaniu na małym budżecie w ogóle do nich nie trafiały. Tak trzeba i już.

Następnego dnia energicznie ruszyliśmy na drogę, pewni że za 4 godziny będziemy już w Guilin. Niestety nie dotarliśmy tam na planowany lunch, ani nawet na kolację. Kierowcy poprzedniego dnia najwyraźniej nie mieli pojęcia o czym mówią, informując nas o 4 godzinach jazdy. Pomimo tego że ani razu nie czekaliśmy na stopa dłużej niż 10 minut, do Guilin dotarliśmy po ok. 11 godzinach! Ostatnie 100km co prawda pokonaliśmy mocno załadowaną ciężarówką, która jechała super wolno, ale było już ciemno i nic innego nie chciało się zatrzymać, więc cieszyliśmy się z tego co jest. Nasza radość z dotarcia do celu, do którego zmierzaliśmy przez ostatnie 3 dni, została trochę osłabiona przez ulewny deszcz. Taki który jeżeli zdarzy mu się pojawić w Polsce, to maksymalnie na 2-3 godziny. Zdziwiliśmy się więc dość mocno gdy trwał jeszcze przez cały następny dzień :/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *