Podróżne Opowieści

W drodze do Kunming

10 minut stania za bramkami na autostradzie w Chengdu i zatrzymał się pan w super samochodzie. Generalnie z Chinami jest tak, że w 90% zatrzymują się bogaci ludzi w świetnych furach i podróż z nimi jest bardzo komfortowa. Jedynym problemem jest komunikacja z kierowcą 😉 zawsze jednak upewniamy się w sprawie 2 rzeczy – że jedzie w naszym kierunku, choćby 10km, i że możemy z nim jechać za darmo, bo to nie jest zawsze dla wszystkich oczywiste. Jedziemy sobie więc z naszym kierowcą do Leshan, szczęśliwi że pierwszy zatrzymany samochód jedzie prosto do naszego celu. Zostaliśmy nawet podwiezieni pod same bramki wejściowe do parku. Gdy jednak serdecznie mu dziękujemy i zabieramy plecaki, on pokazuje oburzony, że mamy mu zapłacić. No i się zaczęło… na nic się nie zdały próby tłumaczenia, że przecież mówiliśmy że jeździmy autostopem bez pieniędzy. Pan coraz bardziej się wkurzał, od razu znalazł się inny kierowca, który przyłączył się do naszej rozmowy i zaczął krzyczeć i nawoływać wszystkich kierowców z okolicy. A było ich sporo… Zostaliśmy więc otoczeni całą zgrają podekscytowanych taksówkarzy z którymi za nic nie mogliśmy się porozumieć. Zaczynało już być nieciekawie. Awantura na całego. Dobrze chociaż że był to środek dnia a nie nocy. Z bezsilności zaczęliśmy pokazywać każdemu po kolei zapisaną po chińsku frazę „jeździć autostopem” i nasz list autostopowy i w końcu jeden załapał. Zaczął się głośno śmiać i ogólnie mówiąc wyśmiewać z naszego kierowcy. Co za ulga… wytłumaczył mu ideę autostopu i nie wiemy co jeszcze, ale efekt był taki, że kierowcy zrobiło się głupio i zostawił nas w spokoju. My czym prędzej się oddaliliśmy i dopiero gdy wmieszaliśmy się w tłum turystów, odetchnęliśmy z ulgą:)

DSC02707

Po tej nieplanowanej akcji z kierowcą, czas na nasz plan przedostania się na teren parku z gigantycznym Buddą bez płacenia. Od Borysa dowiedzieliśmy się, że jest to możliwe, choć jego sposób okazał się dla nas trochę zbyt zuchwały. Postanowiliśmy więc znaleźć coś innego. Idziemy więc dość spory kawałek wzdłuż wysokiego muru, po czym napotykamy otwartą bramę, duży park, posterunek policji, który mijamy jak gdyby nigdy nic, a potem ślepa uliczka, wysoki mur i … cegiełki ułożone pod murem tak jakby specjalnie dla nas! Widać, że nie my pierwsi szukaliśmy tanich rozwiązań turystycznych:) Bez problemu przeszliśmy mur po czym chwilę skradaliśmy się w lesie, żeby nikt nie zauważył niczego podejrzanego. Nasza radość nie trwała jednak długo, bo okazało się, że i owszem jesteśmy w środku, ale innej atrakcji turystycznej!

DSC02661 DSC02605

Chcieliśmy wejść do parku z gigantycznym Buddą, a nieświadomie dostaliśmy się do przyległego parku Oriental Budda Capithal. No cóż, dobre i to:) Ku naszemu zaskoczeniu, park okazał się miejscem wprost genialnym, z wieloma jaskiniami w których co chwile odkrywaliśmy zachowane w doskonałym stanie pomniki Buddy. W parku znajduje się ich w sumie 3000! Jeden z większych, to liczący 50m siedzący Budda,  który ukryty jest w jaskini wykutej w środku góry. Jednak prawdziwe wrażenie robi 170m pomnik leżącego Buddy. Co ciekawe część Buddy zarosła lasem i widać było tylko nogi i głowę 🙂 Park bardzo mile nas zaskoczył i praktycznie na każdym kroku znajdowaliśmy coś ciekawego.

DSC02614 DSC02640

Jednak nadal nie widzieliśmy tego, po co tutaj przyjechaliśmy. Po wyjściu z parku, udaliśmy się więc pod bramki wyjściowe od wielkiego buddy i upewniwszy się, że nie ma tutaj żadnej ochrony, a za to dużo turystów, jak gdyby nigdy nic przez nie przeszliśmy. Bez płacenia, bez wzbudzania podejrzeń, bez problemów:)  Gigantyczny Budda Leshan robi olbrzymie wrażenie – ten 71 metrowy olbrzym został wykuty w skale 1200 lat temu, po to żeby ujarzmić groźna naturę pobliskich rzek. Przed obliczem Buddy 3 rzeki łączą się w jedną i w tym miejscu kiedyś powstawały groźne wiry który topiły łodzie z ludźmi. Mnisi stwierdzili, że wykują w skale Buddę który będzie „uspokoi” trochę te rzeki. Po wykuciu Buddy rzeczywiście rzeki się uspokoiły, już nie były tak niebezpieczne dla ludzi. Wierzący mówią, ze to zasługa Buddy, ci bardziej sceptyczni uważają, ze to zasługa mnóstwa kruszywa, które na skutek wykuwania w skale, zostało wyrzucone do rzek.

DSC02702 DSC02685

Tak czy inaczej Budda bardzo pomógł, a dziś służy za dużą atrakcję turystyczną. Pomimo tego, szczerze mówiąc bardziej przypadł nam do gustu ten park do którego dostaliśmy się przypadkiem. Jak to czasami jest śmiesznie, że rzeczy których nie planujesz, a dzieją się same, okazują się o wiele ciekawsze.

DSC02700

Robiło się już późno, a przed nami nadal daleka droga do Kunming. Za cel tego wieczoru postawiliśmy sobie więc  oddalony o ok. 250 km Jibin. Udało się nam dostać do miasta oddalonego o ok. 60km od naszego celu, gdy zaczęło robić się ciemno. Staliśmy przed bramkami na autostradę, gdzie nikt nie chciał się zatrzymać. Zainteresowani nami byli tylko kierowcy taksówek, którzy bardzo skrupulatnie próbowali nas przekonać, że nikt nas za darmo nie weźmie. Gdyby tylko wiedzieli, że mamy już za sobą ponad 5000km stopem w tym kraju 🙂 Stoimy więc cierpliwie i czekamy. W pewnym momencie podchodzi do nas młody, elegancko ubrany chłopak i pyta się po angielski co tu robimy. Zaczynamy z nim rozmawiać i ogólnie jest całkiem sympatycznie, gdy nagle prosi o pokazanie paszportów. Nie wiemy o co chodzi, ale był bardzo grzeczny, widać że dobrze wychowany i że raczej niczego złego nie planuje. Pokazujemy mu więc paszporty na co on mówi, że co prawda jedzie w innym kierunku, a właściwie to zupełnie w drugą stronę, ale ma w Jibin swój salon optyczny, więc w sumie to może się tam przejechać, a jeszcze nigdy nie miał do czynienia z „białymi” i chciałby nam pomóc 🙂 Sami nie mogliśmy w to uwierzyć.  Na dworze było ciemno, zaczynał padać deszcz, traciliśmy już nadzieję na złapanie stopa, a tu taki zwrot sytuacji! Nie dość że podwiózł nas do miasta, wytargował dla nas bardzo tani nocleg, to jeszcze zaprosił na kolację. I jak tu nie lubić Chińczyków 🙂

DSC02711

Następnego dnia mieliśmy nadzieję dojechać  do Kunming. Z samego rana więc znów stoimy pod bramkami na autostradę i łapiemy. Przed nami ponad 600km do przejechania. Te właśnie chwile lubimy najbardziej. Kiedy cały dzień jeszcze przed nami i nie wiemy co nas czeka. Wiemy tylko, że wszystko może się wydarzyć 🙂

Standardowo jakiś lokals się przyczepia i stara się nas przekonać, że niepotrzebnie się trudzimy, bo i tak nic nie złapiemy, więc lepiej żebyśmy jechali autobusem.  My ci jeszcze pokażemy, że się da! Patrz i się ucz 😉 Po 5 minutach zatrzymuje się super fura (a co!) ze studentem za kierownicą, który informuje nas że co prawda jedzie w przeciwną stronę, ale chętnie pomoże nam dostać się do Kunming. Chwila wahania i jedziemy z nim:) Nigdy nie zapomnę zdezorientowanej miny tego pana, który mówił nam, że się nie da 😀

Wróciliśmy się więc 100km w stronę Chengdu, ale spędziliśmy świetny dzień z naszym nowym znajomym, który zaopiekował się nami jak własną rodziną. Zawiózł nas na swoją plantację mandarynek, gdzie poznaliśmy jego brata i zrobiliśmy małe ognisko na którym upiekliśmy pyszne słodkie ziemniaki (tzw. bataty).

IMG_1749

Po czym pojechaliśmy do miasta poznać resztę tej gościnnej rodzinki, gdzie jeden z wujków zaprosił nas na kolację – specjalność tutejszej kuchni – królika. No spoko, czemu nie. W końcu w Polsce też się to jada. Szybko się jednak okazało, że królik w wersji chińskiej mocno odbiega od naszych standardów normalności. Od momentu wybrania jeszcze żywego zwierzaka, do momentu postawienia dania na stole, minęło nie więcej niż 15 minut. A cały proces przygotowania miał miejsce oczywiście na naszych oczach. Jeden z kucharzy odpowiedzialny jest za oprawienie królika, drugi za odpowiednie porcjowanie mięsa a trzeci za właściwe gotowanie. Co do odpowiedniego porcjowania, nie myślcie sobie, że nóżki osobno, a poszczególne partie oddzielone do siebie. To są Chiny i tu jada się zupełnie inaczej. Dużym tasakiem wszystko, łącznie z kośćmi, jest rąbane na bardzo małe kawałki i następnie smażone w sosie z warzywami (i bardzo dużej ilości papryczek chili). Nie wiem co było gorsze – czy to że kawałki królika były takie małe, że więcej było kości niż mięsa, czy to, że były zanurzone w okrutnie ostrym sosie. Okrutnie ostre znaczy tyle, że za każdym kęsem chce się wietrzyć język, a pewnikiem jest to, że na drugi dzień jeszcze bardziej będzie się czuło to danie z drugiej strony. Tak czy inaczej, na trzeźwo się nie dało i na stół wjechał bajdzioł – taka chińska wódka, ok. 55% alkoholu.

IMG_1744

Po kolacji obowiązkowa rundka po centrum miasta naszego nowego znajomego, gdzie każdego wieczoru mnóstwo ludzi tańczy, śpiewa i dobrze się bawi (i to na trzeźwo !!). Chińczycy są bardzo tanecznym i rozśpiewanym narodem, chętnie i bez krępowania bawią się przed innymi. A wracając do alkoholu to tutaj nie pija się go dużo, w przeciwieństwie do herbaty. Wielokrotnie byliśmy świadkami jak młodzi ludzie, czy też starsi, grali sobie w karty, w mahjonga, czy po prostu rozmawiali ze sobą przy dzbankach z herbatą. Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić, żeby w Polsce młodzi 20-30 letni mężczyźni po południu spotykali się na mieście na herbatę:)

A wracając do naszego pobytu to zostaliśmy ulokowanie w bardzo dobrym hotelu za który zapłacił nasz chińczyk. Żeby tego było mało, to następnego dnia  dał nam w prezencie bilety na pociąg do Kunming, zabrał na śniadanie i zabrał do okolicznej, dopiero niedawno otwartej dla turystów, świątyni buddyjskiej. Sie sie (dziękuję) to za mało za taką gościnność!

IMG_1745

Chińska kolej i autobusy to też zupełnie coś innego niż u nas. Dworce, perony wszystko jest ogrodzone murem, drutem kolczastym i dookoła mnóstwo policji. Przed wejściem do hali sprawdza się bagaż podobnie jak to ma miejsce na lotniskach. Baliśmy się, że stracimy nasz nożyk i butle z gazem, ale jakoś nie zwróciło to szczególnej uwagi kontrolerów. Niestety okazało się, że bilety które otrzymaliśmy, były w najtańszej klasie z normalnymi twardymi siedzeniami. Wizja 18 godzin (tak naprawdę 18h – pociąg jechał jakieś 30km/h !?) na tych siedzeniach i w zatłoczonym wagonie nie bardzo nam się podobała więc od razu dokupiliśmy opcję kuszetki. Wagon cały w kuszetkach, bez przedziałów. Ludzie odpoczywali w łóżkach lub siedzieli na rozkładanych krzesełkach na korytarzu koło siebie i panowała tam bardzo fajna atmosfera. Oczywiście nieodłącznym elementem podróży pociągiem jest zupka chińska. W każdym wagonie znajduje się dozownik z gorącą wodą z którego można korzystać do woli. Też byliśmy uzbrojeni w zupki (dostaliśmy całą wyprawkę od naszego chińczyka) i nie omieszkaliśmy nie skorzystać z tego dobrodziejstwa. Bardzo mile zaskoczył nas też „chiński wars” który zamiast słodyczy sprzedaje świeże owoce, a oferowane przez nich danie na ciepło, mógłby zawstydzić nie jedną chińską knajpę w Polsce.

Sami nie wiemy kiedy to 18 godzin podróży minęło. Pewnie była to zasługa pięknych krajobrazów za oknami i możliwością spania w pozycji leżącej 🙂 Zdecydowanie polecamy ten rodzaj transportu przy dłuższych odległościach – gdybyśmy nie byli ograniczeni finansowo, to na pewno chętnie korzystalibyśmy z niego częściej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *