Podróżne Opowieści

Wokół Chengdu

Kolejnym naszym przystankiem w podróży po Chinach było miasto Chengdu, znane głównie z najbardziej pikantnego jedzenia w Chinach oraz rezerwatu Pand.

Z Xiache wyruszaliśmy rano drogą wiodącą przez góry, z nadzieją zatrzymania się na chwilę w Langmusi – kolejnej Tybetańskiej wiosce. Szczęście znów się do nas uśmiechnęło, bo kierowca który nas zabrał okazał się turystą, który jedzie do Langmusi po drodze zatrzymując się w co ciekawszych miejscach. To jest właśnie piękne w podróżowaniu stopem 🙂

DSC02345

Około 15. ruszyliśmy dalej w kierunku Chengdu, do którego mieliśmy nadzieję dojechać następnego dnia. Pomimo górskiej drogi i braku autostrady, samochodów nie brakowało. Tego dnia dojechaliśmy już o zmroku do miasteczka, które stanowi bazę wypadową do Parku Narodowego Jiuzhaigou. Jednak ze względu na okrutnie wysoką cenę biletu, nie mieliśmy zamiaru się tam wybierać.  Za to gdy błąkaliśmy się po miasteczku w poszukiwaniu taniego hostelu, młody chłopak na ulicy zaproponował nam nocleg za 80 RMB, który udało się nam obniżyć do 50 RMB. Jako że targowaliśmy się na ulicy, zupełnie nie wiedzieliśmy jakich spodziewać się warunków. Jednak w tej cenie nawet gdyby był to pokój z małym twardym łóżkiem, obdrapanymi ścianami, bez ogrzewania i łazienką na dworze to i tak bylibyśmy zadowoleni. Możecie sobie więc wyobrazić jak duże było nasze zdziwienie, gdy zostaliśmy zawiezieni do 3 gwiazdkowego hotelu, gdzie wypisane ceny znajdowały się w przedziale 200-900 RMB. Po kilkukrotnym upewnieniu się że mamy zapłacić tylko 50 RMB, i dla pewności zapłaceniu z góry, mogliśmy rozkoszować się pełnym komfortem cieplutkiego pokoju, z czystą łazienką, telewizorem i super działającym Internetem 🙂  Postanowiliśmy to uczcić naszą pierwszą prawdziwą … zupka chińską:)

DSC02369

Ciekawi byliśmy, czy będą smakować tak samo jak te w Polsce, ale tak jak przewidywaliśmy, okazały się dużo smaczniejsze.  W Chinach tego typu dania są bardzo popularne i wszędzie można spotkać chińczyków z tą zupką w ręku. Dzieje się tak dlatego, że sprzedawane są w dużych papierowych miseczkach, do których wystarczy nalać wrzątek. A gorącą przegotowaną wodę można dostać dosłownie wszędzie – na stacji paliw, w restauracjach, w sklepach, w hotelach, nawet w banku. Chińczycy uważają, że żołądek ma naturę ciepłą, więc dostarczanie mu zimnych napoi bardzo go osłabia i źle wpływa na trawienie. Dlatego piją dużo ciepłej herbaty, a gorącą woda jest dostępna zawsze za darmo.

Kolejnego dnia mieliśmy do pokonania już tylko ok. 350km – co to dla nas! Jeden samochód, drugi i znaleźliśmy się w mieście ok. 150km od Chengdu. Było wczesne popołudnie, więc rokowania jak najlepsze. Kierowca wysadził nas na początku miasta, więc nieśpiesznie udajemy się w kierunku wylotówki. Coś jednak było nie tak… na wyjeździe z miasta stworzył się ogromny korek. Policja zablokowała drogę, co dziwne, tylko w jednym kierunku – w kierunku Chengdu… Nie wiedzieliśmy o co chodzi, ale stwierdziliśmy że to pewnie coś chwilowego i niezbyt się tym przejmując szliśmy dalej za miasto z nadzieją złapania czegoś po drodze.
Tyle tylko że nic, absolutnie nic nie jechało…  z kolei na przeciwnym pasie mnóstwo samochodów. Po prawie 3 godzinach czekania postanowiliśmy wrócić do miasta i spróbować się czegoś dowiedzieć. Stojących i czekających samochodów było jeszcze więcej.  Korek sięgał ok. 2 km a była to 3 pasmowa obwodnica miejska. Okazało się, że część góry obsunęła się na drogę i nie ma przejazdu w stronę Chengdu. Policja stara się zorganizować objazd, ale dzisiaj raczej nikt nie pojedzie. Trudno nam było w to uwierzyć. Byliśmy już tak blisko….

Postanowiliśmy iść na kolację po czym wrócić na ulicę i popytać się kierowców czy ktoś nas ze sobą zabierze, w przypadku gdyby jednak odblokowano drogę. Po wyjściu z knajpki (byliśmy tam ok. 25 minut) okazało się, że w czasie gdy jedliśmy, przywrócono ruch samochodowy i wszystkie, absolutnie wszystkie samochody odjechały!? Na ulicy nie było zupełnie nikogo! A na dodatek zrobiło się już ciemno.
Nie było nam do śmiechu, oj nie. Długo sobie pluliśmy w brody jak mogliśmy przegapić wznowienie ruchu. No ale co zrobić, mówi się trudno i żyje się dalej. Chwilę polamentowaliśmy, po czym postanowiliśmy mimo wszystko spróbować złapać stopa do Chengdu. Ustawiliśmy się w świetle lamp ulicznych i czekaliśmy. 5, 10, 15 minut i nagle podjechał młody oficer policji, który wracał do swojego domu (do Chengdu!!) po opanowaniu sytuacji na drodze:)
Uff, szczęście do nas wróciło! A policjantowi zdecydowanie było śpieszno – po drodze nie wyprzedził nas żaden samochód, za to my dosłownie każdy jaki tylko pojawił się w zasięgu naszego wzroku. Podobała się nam ta jazda:)

W Chengdu zatrzymaliśmy się u Amerykanki z CouchSurfingu, która uczy w prywatnej amerykańskiej szkole. Szkoła ma swoje odziały na całym świecie i jak się tam dostanie etat, to można pracować dosłownie wszędzie od Białorusi po Timor Wschodni! Nie ukrywamy że trochę rozbudziła naszą fantazję:) Przez następne dni mogliśmy w końcu trochę odpocząć i nawet  zrobić porządne pranie – staramy się na bieżąco dbać o czystość naszych rzeczy, jednak pranie w rękach to nie to samo co pralka. A jak przyjemnie było poczuć przyjemny świeży zapach płynu do płukania na naszych rzeczach… taki kolejny, mały luksus, o którym się zapomina gdy ma się go na co dzień;)

Następnego dnia spotkaliśmy się z moim znajomym Borysem, który  mieszka w Chinach już od 2 lat, a poznaliśmy się w małej Gruzińskiej wiosce wysoko w górach. Takie spotkanie po latach trzeba odpowiednio uczcić, więc wyszło na to że zamiast wracać na noc do naszej hostki, zostaliśmy na mieście, a noc spędziliśmy u nowo poznanych Polaków, którzy od kilku miesięcy mieszkają w Chengdu. Nie ma to jak rodacy 🙂

IMG_1688Pierwszy raz też mieliśmy okazję poznać drugą stronę chińskiego medalu. Zwrócili nam uwagę, na cały szereg problemów z jakimi borykają się na co dzień. O ile złe wychowanie Chińczyków w trakcie podróży raczej nas śmieszy niż wkurza, tak tym którzy tutaj mieszkają nie jest zbyt do śmiechu. Bo gdy ktoś spluwając przed siebie, przypadkowo splunie na twojego buta, albo stara babcia siedząc w autobusie otworzy okno i z całej siły sobie odcharknie co jej w gardle siedzi, a ty przypadkowo będziesz szedł chodnikiem i tak się złoży że wyląduje to na twojej  kurtce, to można się wkurzyć. Można by ułożyć dłuuugą liste, ale po co. Tacy już są. Higiena osobista raczej nie jest dla nich sprawą istotną, tak samo jak względny porządek w domu. Dla Chinki jest normą kupić sobie kolejne buty za 500RMB, a przy tym mieszkać w brudzie i syfie, w którym nikt z nas nie przeżyłby tygodnia. Są rzeczy ważne i ważniejsze, i tyle 😉

Trzeciego dnia w Chengdu w końcu wybraliśmy się odwiedzić pandy. Ich rezerwat znajduje się na północy miasta i bez problemu można tam dojechać komunikacją miejską.  Bilet wstępu, jak na chińskie standardy, jest w całkiem przyzwoitej cenie, dzięki czemu mogliśmy wejść jak ludzie, a nie skradać się gdzieś po krzakach 😉  Wielokrotnie słyszeliśmy, że warto pojechać tam rano, gdy zwierzaki są najbardziej aktywne i faktycznie jest to prawdą. Na miejsce dojechaliśmy ok. 10.00 i spędziliśmy tam dobre 3 godziny.

DSC02544 DSC02466

Nigdy nie przypuszczałem, że publicznie to powiem ale pandy są mega słodkie:) W parku jest mnóstwo „wybiegów” i na każdym kilka pand. Z pandami jest jak ze śniegiem w czasie świąt bożego narodzenia – człowiek się cieszy na sam widok 🙂 Zwykłe jedzenie bambusa, przewracanie się z boku na bok, czy zabawa z rodzeństwem w ich wykonaniu jest po prostu genialna. Niezwykłe zwierzęta. Bardzo dobrze, że są takie miejsca na Ziemi jak to, gdzie nie tylko się o nie dba, ale również pracuje nad zwiększeniem populacji.

DSC02505 DSC02481

Po południu mieliśmy zaplanowane kolejne duże wyzwanie. Kupno dezodorantów. Nasze antyperspiranty z Polski były już na wykończeniu, a tutaj w Chinach antyperspirant to rzecz niemal nieosiągalna. Chińczycy podobno się nie pocą i nie wydzielają swojego zapachu, więc nie mają też w zwyczaju używać tego typu specyfików. Nachodziliśmy się trochę po kilku dużych sklepach i było ciężko. Aż dziwne, że na szampony i odżywki do włosów mają po kilka regałów, papier toaletowy zajmuje więcej miejsca niż typowa polska wystawa z alkoholem w zwykłym monopolowym, a dezodorantów brak. Na szczęście w końcu udało się nam dostać te cuda, choć wybór był żadny a cena mocno wygórowana.

Kolejnego dnia ruszyliśmy w kierunku Kunming – miasta gdzie cały rok jest wiosna i gdzie mieszka na stałe Borys, mój znajomy. Drogę 900km zaplanowaliśmy na 2 dni, bo chcieliśmy zatrzymać się w Leshan – mieście gigantycznego Buddy. I były to bardzo ciekawe dni lecz nie 2 a 4, ale o tym już w następnym wpisie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *