Podróżne Opowieści

Wolontariat w Kambodży

Kambodża to jeden z najbiedniejszych krajów w jakim dotychczas byliśmy. Setki turystów przyjeżdża tutaj, żeby ujrzeć jeden z cudów świata – Angkor Wat, płacąc za to duże pieniądze, które niestety trafiają do prywatnych kieszeni biznesmenów. Na prowincji, w małych wioskach i wsiach z dala od turystów ludzie żyją w ogromnej biedzie. Patologiczne rodziny, które nie są w stanie opiekować się swoimi dziećmi spotyka się na każdym kroku. Pomoc społeczna wydaje się

DSC08421

tutaj w ogóle nie funkcjonować.

Gdy 1 z rodziców umrze lub trafi do więzienia, drugie musi iść do pracy, więc nie może opiekować się już dziećmi, które z tego powodu trafiają po prostu na ulicę. Dlatego to właśnie w tym kraju postanowiliśmy zrobić coś fajnego dla najmłodszych i zdecydowaliśmy się na wolontariat w miejscu, które pomaga biednym i osieroconym dzieciom. W sumie możemy powiedzieć, że to miejsce znalazło nas, bo krótko po tym jak założyliśmy konto na workaway.info dostaliśmy zaproszenie od Pana Kima – założyciela jednego z centrów opieki dla biednych i osieroconych dzieci w Kambodży. Pomysł bardzo nam się spodobał, więc od razu się zgodziliśmy. W międzyczasie Marta i Damian z DwaRazyZiemia też tu przyjechali, a ich wrażenia z pobytu upewniły nas w przekonaniu, że chcemy się tam znaleźć. I tak kilka miesięcy później jesteśmy na miejscu 🙂

Pan Kim - założyciel CPOC; Kambodża

Ale po kolei. Najpierw kilka słów o Panu Kimie, założycielu tego centrum pomocy dzieciom. Pochodzi on z bardzo biednej rodziny, gdzie nie zawsze było co do garnka włożyć. Krótko po jego narodzinach, matka w amoku wybiegła na ulicę i została potrącona przez samochód, a ojciec, pijak i awanturnik, zostawił 3 małych dzieci na pastwę losu i gdzieś wyjechał. Mały Kim ze starszą siostrą trafili do babci, która sama wymagała opieki. Jego starsza siostra była jedynym źródlem dochodu w rodzinie. Mały Kim większość swojego dzieciństwa przesiedział w domu, choć lepszym określeniem będzie w tym przypadku bambusowy szałas bez prądu i wody. Aa no i nie powiedzieliśmy wam jeszcze czegoś – pan Kim urodził się niepełnosprawny, tzn. sparaliżowany od pasa w dół. Gdy więc dorósł do wieku szkolnego, całą drogę między domem a szkołą, ok. 4 km,  pokonywał codziennie sam czołgając się! Droga do i ze szkoły zabierała mu każdego dnia kilka godzin. W drodze wielokrotnie ranił swoje ciało, ale mimo to się nie poddawał. Wierzył, że tylko edukacja pomoże mu w życiu. Nie poddawał się również wtedy, gdy nauczyciele nie chcieli wpuszczać go do klasy, bo po kilku godzinach czołgania strasznie śmierdział, był cały brudny i mokry od potu. Siedział wtedy na korytarzu i nadsłuchiwał pod drzwiami co mówią nauczyciele. Okres szkoły podstawowej był piekłem.

DSC08408

Pan Kim jest przykładem niezwykłej siły i determinacji w tym co robi. Nie poddawał się pomimo tego, że dzieci śmiały się z niego, z jego niepełnosprawności, nie przejmował się tym, że go biją, że plują, wylewają brudy na niego. Chciał udowodnić sobie i innym, że może żyć inaczej, że może żyć lepiej, że niepełnosprawność to nie droga do trumny. Pan Kim skończył szkołę podstawową i średnią, jednak ze względu na niepełnosprawność nie dopuszczono go do studiów wyższych. Nie przejmując się tym, zaczął uczyć się sam w domu. Głównie języka angielskiego. Umiał pisać i czytać, a do tego znał język angielski, łatwo więc znalazł pracę w biurze. Osoba niepełnosprawna, która pomimo bardzo ciężkiego dzieciństw latach 80, 90 otrzymała edukację i znalazła dobrą pracę to więcej niż mógł sobie wymarzyć. Ale wkrótce było mu mało, czuł, że chce czegoś więcej. Dlatego gdy zaoszczędził wystarczająco pieniędzy, zostawił pracę i ruszył w podróż po Kambodży w poszukiwaniu ojca, który porzucił ich w dzieciństwie. Nigdy go jednak nie odnalazł, ale znalazł coś innego – swój sens życia. Odwiedził wiele miejsc, gdzie dramat z jego dzieciństwa rozgrywał się każdego dnia. Spotkał mnóstwo biednych ludzi, osieroconych dzieci i nikogo kto chciałby im pomóc. Dlatego w wielu miejscach zatrzymywał się na dłużej i prowadził darmowe zajęcia, starał się uczyć dzieci pisać i czytać. Na swoim przykładzie wiedział, że tylko edukacja jest w stanie zmienić ich los. Niestety pewnego dnia skończyły mu się pieniądze i musiał wrócić do Phnom Penh, żeby znaleźć pracę. Nie było mu łatwo zostawić to co już zrobił, to co zapoczątkował, ale to wtedy narodziła się w jego głowie myśl, że właśnie tak chce żyć – pomagając pokrzywdzonym przez los niewinnym dzieciom.

DSC08416

Znalazł pracę w przytułku, gdzie przez długi czas przypatrywał się jak większość darów i pieniędzy jest sprzeniewierzana przez dyrektorów i kierowników. Wielokrotnie gdy sam chciał zrobić coś od siebie, gdy kupował dzieciom jedzenie z własnych pieniędzy, był karcony przez kierownictwo. Pewnego dnia wyrzucono go z pracy. Wtedy zaczął wyszukiwać w Internecie informacji o funkcjonowaniu fundacji i o tym jak znajdować środki na jej funkcjonowanie. W 2011 spotkał dobrego ducha na swojej drodze – Amerykanina, który umożliwił mu założenie Fundacji Caring For Poor and Orphaned Children (CPOC).  Amerykanin szukał w stanach sponsorów dla Fundacji, podczas gdy Pan Kim działał na miejscu. Znalazł budynek na potrzeby fundacji, gdzie wkrótce zaczęły pojawiać się dzieci. Niektóre z nich były osierocone, inne same uciekały przed rodzicami którzy je bili.  Potrzebowały miejsca gdzie mogą schować się przed głodem i śmiercią na ulicy. W tym roku mija 5 lat od momentu założenia CPOC. Przez pierwsze lata Pan Kim długo mieszkał w małym budynku, gdzie dzieci spały na podłodze razem ze zwierzętami, ciężko wiążąc koniec z końcem.

12988111_1162322017125286_609654575_nAle dzięki pomocy wolontariuszy, te czasy już minęły. CPOC w tej chwili ma się dobrze i cały czas się rozwija. Swoją determinacją i inteligencją pan Kim stworzył już 2 domy opieki nad dziećmi w 2 małych wioskach, na dniach otworzy hostel w Phnom Penh, który będzie codziennie wydawał darmowe jedzenie dla dzieci żyjących na ulicy miasta, a w planach jest już budowa kolejnego ośrodka dla dzieci w mieście Kampot. Każdy kto może pomaga. Nie tylko obcokrajowcy, lokalni ludzie również. Przeprowadzka CPOC była możliwa dzięki aktualnemu sąsiadowi, który po wybudowaniu nowego domu, zamiast się do niego wprowadzić, wynajął go fundacji CPOC, a sam nadal mieszka w małej chatce tuż przy głównym budynku.

DSC08156

Drugi z sąsiadów oddał część swojego budynku, gdzie stworzono małą salę lekcyjną. Wolontariusze uczą dzieci angielskiego i innych przedmiotów, pomagają w odrabianiu lekcji (dzieci chodzą codziennie do publicznej szkoły) i wykonują wiele prac porządkowych. Oprócz pomocy każdy wolontariusz opłaca swój pobyt. Wsparcie 3 USD dziennie zabezpiecza fundację finansowo. Dzięki wsparciu wolontariuszy dzieci mają talerze pełne jedzenia. Dodatkowo na terenie CPOC jest malutki sklepik, gdzie wolontariusze mogą kupić napoje, kawę i przekąski. Dochód ze sklepiku idzie na konto Fundacji.  W czasie naszego tygodniowego pobytu, przewinęło się przez ten jeden ośrodek ok. 30 osób. Niektórzy z wolontariuszy zostają tu na kilka dni, inni na kilka tygodni, a jeszcze inni na kilka miesięcy.

DSC08211

Kilka słów o dzieciach. W większości są to dzieci z okolicy i okolicznych wiosek. Niektóre z nich nie maja rodziców, niektóre z nich mają jednego  z nich lub obu, jednak ze względu na dużą biedę (i problem z alkoholem) dzieci wolą przebywać w ośrodku. Rodzice mogą je w każdej chwili odwiedzić lub zabrać z powrotem do domu. Nie ma tu żadnej regulacji prawnej. Gdy rodzic stwierdza, że z jakiegoś powodu nie jest w stanie opiekować się swoimi dziećmi, może je w każdej chwili przyprowadzić do CPOC i zostawić, a potem w dowolnym momencie zabrać z powrotem, o ile oczywiście dziecko będzie tego chciało. Na dzieci czekają tu 3 posiłki dziennie, edukacja i dzieciństwo wśród wolontariuszy z całego świata. Najmłodsze dzieciaki mają 4 – 5 lat, a najstarszy to 18 letni chłopak, który jest w CPOC od samego początku.

DSC08371

Dzieci są bardzo samodzielne, codziennie przygotowują posiłki dla siebie i wolontariuszy, sprzątają w kuchni i w swoich pokojach, piorą ręcznie swoje ciuchy i chodzą do szkoły. Po kolacji dostają prywatne lekcje od wolontariuszy. Najczęściej angielskiego i matematyki. Nie są jednak aniołami. Mają swoje za uszami, jak to wszystkie dzieciaki. Każdego dnia jednak nas czymś zaskakują. Jednego wieczoru chłopcy kupili małą świnię (nie wiemy skąd wzięli na to pieniądze), sami ją wypatroszyli i następnego dnia ugotowali ją sobie na śniadanie. Innego razu, 10-cio letnia dziewczynka poszła z nami do ogrodu, pomóc przy podlewaniu warzyw. Podczas gdy wolontariuszki były w stanie udźwignąć tylko pół wiadra wody, ta mała nalewała je do pełna i szła z nim do najdalszej grządki warzyw.

DSC08045

Długo zastanawialiśmy się, jak moglibyśmy pomóc temu ośrodkowi. Na miejscu robiliśmy co mogliśmy, ale pan  Kim, chyba najbardziej potrzebuje w tym momencie pieniędzy. Dlatego wymyśleliśmy małą akcję charytatywną. Przez kilka dni dzieci z pomocą wolontariuszy malowały dla nas obrazki. Można na nich zobaczyć ich codzienne życie i ich małe marzenia. Obrazki wkrótce dotrą do Polski i w jednej z poznańskich szkół odbędzie się akcja charytatywna, na której będzie można kupić obrazek, a cała suma zostanie przekazana na konto Fundacji CPOC.

DSC08397IMG_5404

 

Więcej informacji o Fundacji CPOC możecie znaleźć na stronie internetowej Fundacji która została stworzona i jest prowadzona przez wolontariuszy. Każdy pomaga jak może 🙂

Tutaj jest odnośnik do strony – CPOC

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *